środa, 31 sierpnia 2016
chcielibyście II część opowiadania?
/Patty :3
czwartek, 5 listopada 2015
Epilog
-zimno ci?-odezwał się Mario
-tak
-pójdziemy na kawę?-spojrzałam na niego podejrzliwym wzrokiem- jako kumple oczywiście-poprawił się
-zgoda, chodźmy.- ostatni raz ogarnęłam wzrokiem boisko i cały stadion po czym odwróciłam się i wyszłam. Poszliśmy do pobliskiej kawiarni, Mario zamówił sobie kawę, a pamiętając o tym, że ja kawy nie lubię mi zamówił czekoladę.
-Zu?- podniosłam wzrok- przepraszam za wszystko co przeszłaś przeze mnie, za to jak się czułaś...Głupio mi, że okazałem się dupkiem i to takim przed, którymi to ja chciałem Cię chronić...
-w porządku. To i tak już nie ma znaczenia...Nic już nie ma większego znaczenia- odpowiedziałam obojętnym głosem
-mam nadzieję, że dalej będę mógł cię wspierać
-no nie wiem... Postanowiłam wrócić do Polski i odciąć się od tego wszystkiego...- spojrzałam na niego wzrokiem bez emocji
-ale jak to?
-tak to, nic mnie już tu nie trzyma, a wręcz wszystko przypomina mi o Marco...
-a Nuri? Reszta Borussen?
-z Nurim jedynie postaram się utrzymać kontakt, co by nie było uratował mnie... A reszta nie wiem.. Poradzą sobie beze mnie.
-ale Zu, ja nie poradzę sobie bez ciebie
-dasz radę- podniosłam się, Mario zrobił to samo. Podeszłam do niego, później ostatni raz spojrzałam mu w oczy i dodałam: - zapomnij już o mnie... i o naszej relacji. Tak będzie lepiej..
- nie wiem dla kogo, ale postaram się. Co masz zamiar zrobić teraz?
-jadę na cmentarz, później lot do Polski...
-jesteś pewna, że chcesz wracać do Polski?
-tak..żegnaj.- dałam mu buziaka i ze łzami w oczach wyszłam z kawiarni.Podążałam zimną pustą ulicą, wiatr owiewał moją twarz i szyję. Owinęłam się ciaśniej szalikiem i spojrzałam przed siebie. Przez chwilę wydawało mi się, że widziałam Marco, ale to tylko tęsknota dawała się we znaki.
-kocham cię, ale daj mi żyć- powiedziałam w kierunku owego przywidzenia i się rozpłakałam. Po 10 minutach dotarłam na postój taksówek, wsiadłam do jednej z nich i bez zbędnych słów podałam adres.
- Rahm Strasse proszę.- przez całą drogę coś mnie męczyło, czułam się samotna, bo pomimo tego, że wokół było pełno ludzi to mi i tak brakowało tego wsparcia i zrozumienia, które dawał mi Marco...
-jesteśmy na miejscu- usłyszałam szorstki głos taksówkarza, spojrzałam na niego nieobecnym wzrokiem wzrokiem i zapłaciłam, po czym wysiadłam i udałam się na grób Marco. Przystanęłam i spojrzałam na zdjęcie widniejące przy imieniu i nazwisku.
-nawet nie wiesz jak cię kocham i jak mi źle bez ciebie. Tęsknię za tobą z każdym oddechem, tęsknię za tym jak mnie chowałeś w swoich ramionach, przed wszystkim co złe, jak po naszych kłótniach mnie pocieszałeś, za tym jak mnie kochałeś...Tęsknie za tym jak było. Nigdy nie pogodzę się ze stratą Ciebie- rozpłakałam się kolejny raz a po moim karku przeszedł chłodny dreszcz, to głupie ale czułam jego obecność. Jednak nie bałam się, wiedziałam że teraz już zawsze będzie miał na mnie oko i że na pewno i tak się spotkamy, że będzie na mnie czekał...
Postanowiłam już się zebrać, musiałam podjechać jeszcze do rodziców Marco i oddać im klucze od domu, bo prawdopodobnie będą chcieli go sprzedać.
Teraz stałam już na lotnisku, myślałam o wizycie w domu rodzinnym Marco. Jego rodzice to wspaniali ludzie, powiedzieli, że bez przeszkód mogę tam mieszkać, ale nie mogłabym, za dużo rzeczy by mi o nim przypominało. Teraz muszę nauczyć się żyć na nowo...
Po odprawie zajęłam wyznaczone miejsce przy oknie. Popatrzyłam ostatni raz na panoramę mojego, mogłoby się wydawać, idealnego świata.
Opuszczam miejsce, którego nigdy nie zapomnę, miejsce w którym nauczyłam się życia...
* * * KONIEC * * *
od autorki: kochani moi, to była ostatnia notka.. Przyznam się, że trochę mi smutno, że to już koniec tego opowiadania, no ale wszystko kiedyś się kończy. Ważne jest by wiedzieć kiedy skończyć, żeby nie przesadzić. Ja uznałam że to już najwyższa pora by pożegnać się teraz z losami bohaterów. Być może pojawi się druga część opowiadania, ale na razie tego nie planuję. Jeśli jednak zdecyduję się na to, to na pewno was o tym poinformuję tu na blogu. Jeśli ktoś będzie miał jakieś pytania zapraszam do napisania mi wiadomości na maila: pmisiak09@gmail.com . Odpowiem na pewno.
Rozdział 43
Parę miesięcy później z Marco było coraz gorzej. Codziennie widywałam go w gorszym stanie... Zaczęły się omdlenia i krwawienie z nosa. Strasznie się o niego bałam, przecież on jest moim całym światem, nie chciałam, żeby coś mu się stało.
Była godzina 7:45, a ja już byłam na nogach, starałam się z dnia na dzień poszukiwać dla siebie nowego zajęcia, które oderwałoby mnie od zmartwień. Jednak z dnia na dzień to wszystko mnie wyniszczało, tak bardzo chciałam, żeby było jak dawniej, chciałam żeby Marco wyzdrowiał, nic jednak na to nie wskazywało, dlatego miażdżyło mnie to psychicznie, bo przebadanych zostało tyle ludzi, a jednak szpik od nikogo nie pasował.
Usiadłam w ciemnym salonie i rozmyślałam nad tym wszystkim, aż nagle poczułam oplatające mnie ramiona Marco.
-znowu o tym myślisz?- zapytał całując mnie w szyję. Przez chwilę poczułam się tak jakby nic się nie stało, jakby Marco był zdrowy
-nie, po prostu martwię się...-spojrzałam na niego, a blondyn ukradkiem zajął miejsce obok mnie
-nie masz o co. Wszystko się ułoży i będzie dobrze, zobaczysz
-mam nadzieję..-po moich słowach Marco wstał i popatrzył na mnie z uśmiechem
-mój aniołek- powiedział i poszedł do kuchni. Ja również uśmiechnęłam się i podążyłam na nim- jakieś plany na dziś?-zapytał
-dzień przed telewizorem?
-chętnie..-powiedział, a ja stwierdziłam, że skoro mamy takie plany to zostanę w piżamie. Marco poszedł na górę wziąć leki, a ja zajęłam się zrobieniem śniadania.
Nagle usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła, nie zwlekając ani chwili pobiegłam na górę sprawdzić co z moim ukochanym. Zasłabł i rozciął sobie głowę... Przerażona tym, że tracił dużo krwi, złapałam za telefon i wezwałam pogotowie. Zjawili się dosłownie w 5 minut i zabrali nas do szpitala, tego samego, w którym zdiagnozowano u Marco białaczkę. Przez całą drogę płakałam i nie wiedziałam co się dzieje, byłam tak roztrzęsiona, że dostałam nawet leki uspakajające, po których wcale nie było mi lepiej. Dojechaliśmy na miejsce od razu zabrali Marco na sale, gdzie mieli mu zszyć głowę, jednak potrzebowano dodatkowych jednostek krwi, dlatego też do szpitala ściągnięto Mario. Ten przyjechał szybko i poddał się oddaniu krwi. Później siedział ze mną i mnie wspierał. Byłam mu za to wdzięczna... Było mi niewyobrażalnie ciężko patrzeć na zdenerwowanych lekarzy wychodzących z sali, gdzie znajdował się Marco. Ich zdenerwowanie nigdy nie znaczyło nic dobrego.
Po 4 godzinach siedzenia i martwienia się, wyszedł do nas lekarz.
-i jak panie doktorze?- poderwałam się z miejsca
-jego stan, pomimo tego, że to nie groźne dla innych ludzi, jest krytyczny...- uderzyła mnie pewna siła, a z drugiej strony uderzyło mnie coś tak realistycznego co nie pozwalało mi już myśleć, że to tylko zły sen..
-co z nim będzie?- włączył się Mario
-te 24 godziny będą bardzo decydujące w jego przypadku...- powiedział po czym oddalił się a my zostaliśmy w tej cholernej niepewności... Usiadłam spowrotem na plastikowych krzesełkach i pękłam, rozpłakałam się, bo wiedziałam że w każdej chwili mogę go stracić, bałam się tego wszystkiego, chyba najbardziej bałam się żyć bez Marco. Życie bez niego było by męką do końca życia.
-odwiozę cię do domu..- nagle z rozmyśleń wyrwał mnie głos Mario
-nie, ja tu zostaje.- odpowiedziałam i schowałam twarz w dłoniach
-proszę cię Zu, nic tu nie pomożesz a sama się osłabisz
-Mario proszę...-spojrzałam na niego proszącym wzrokiem, a ten tylko wzdechnął i na powrót usiadł obok mnie i dał do zrozumienia, że będzie przy mnie.
Mijały godziny, byłam coraz bardziej wyczerpana ciągłym płaczem pomieszanym z napadami furii o bezsilności. Nadal nie wiedziałam co z Marco, pomimo że była już godzina 22 wiec jesteśmy tu od mniej wiecej 14 godzin. Mój mózg pracował coraz wolniej ze zmęczenia, ale w jednej sekundzie wszystko się zmieniło. Cała aparatura u Marco zaczęła wariować, piszczała tak bardzo. Lekarze natychmiast zbiegli się do sali Marco, a ja byłam w takim szoku, że nie wiedziałam co się dzieje. Stałam i tylko patrzyłam na blondyna, który był bardzo blady i podopinany do kabelków. Było mi tak przykro widzieć go w takim stanie, jeszcze teraz lekarze którzy starali się mu pomóc. Zaczęłam krztusić się własnymi łzami, nie mogłam znieść widoku bezradnych lekarzy... Nie wiedziałam co zrobić, stałam raz przy szybie a raz przechadzałam się nerwowo po korytarzu, mijały minuty, które coraz bardziej odsuwały moją nadzieję. Byłam realistką, wiedziałam że długie niedotlenienie mózgu nie świadczy o niczym dobrym.
Nagle po kilkunastu minutach lekarze wyszli z sali, od razu do nich podeszłam, ale ich miny nie były radosne, zerknęłam na Marco, ale monitor był wyłączony. "Co się stało? Czy mój koszmar okazał się prawdą?" czekałam z resztką nadzieji na słowa lekarza, może jednak go odłączyli bo było dobrze i chcą mnie wrobić. Naiwność małej dziewczynki dała znać.
-przykro mi, robiliśmy co w naszej mocy...
-gówno prawda! Standardowy tekst! Gdybyście robili on by przeżył!
-wiem co pani teraz czuje...
-gówno pan wie! Nic pan nie wie... Nie wie pan tego co on dla mnie zrobił, jak bardzo mnie kochał!
-niech pani pójdzie się pożegnać i się uspokoi. A ja zadzwonię po rodzinę pana Reus'a .- wściekła weszłam do sali Marco, nagle cała złość ustąpiła i przerodziła się w załamanie... Nadal nie wierzyłam w to wszystko, nie potrafiłam doprowadzić tego do swojej świadomości. Złapałam go za zimną dłoń i na nowo się rozpłakałam...
- Marco... Nawet nie wiesz co się teraz ze mną dzieje...ja nie wiem jak to bedzie wygladało, nie chce żyć bez ciebie, bo to nie będzie to samo. I tak nie pokocham nikogo tak jak ciebie. Nigdy juz nie chce nikogo kochać. Pamiętam nasze pierwsze spotkanie pod stadionem, byłeś taki roześmiany i rozbawiony. Jak spytałeś mnie czy możesz nazywać mnie już swoją przyjaciółką, pamiętam pierwszy mecz oglądany z ławki rezerwowych, pamiętam jak każdego dnia zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej, pamiętam jak pierwszy raz mnie pocałowałeś i nigdy tego nie zapomnę, nie chce tego zapomnieć. Nigdy nie zapomnę jak potrafiłeś rozumieć moje humorki i je znosić, nawet w trakcie choroby kiedy to ja powinnam znosić twoje. Tak bardzo już za tobą tęsknię, proszę cię powiedz, że to głupi żart, wróć tu do mnie. Błagam...
-niech pani już kończy... -do sali wszedł lekarz, który wywoł znowu u mnie złość,samo patrzenie na niego powodowało moją irytacje...
-kocham cię Marco. - powiedziałam po czym wyszłam z sali, pokierowałam się prosto na dwór ze łzami w oczach, Mario był tuż za mną. Dobrze wiedział, że nie radziłam sobie z emocjami i mogłabym zrobić coś głupiego. Mario odprowadził mnie do domu i chciał zostać jednak nie chciałam jego obecności, noe chciałam niczyjej obecności, dlatego Mario uszanował moją decyzje i poszedł.
Weszłam do pokoju gdzie Marco był po raz ostatni, na dywanie była jeszcze krew co już na powrót spowodowało u mnie potok łez. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, gdzie nie spojrzałam były wspomnienia, wszędzie widziałam sceny jak siedzieliśmy, śmialiśmy się, całowaliśmy, wygłupialiśmy... Cały dom był naszpikowany kłującymi wspomnieniami.
Podeszłam do szafy i wyjęłam jedną z koszul Marco, założyłam ją i usiadłam na łóżku pusto gapiąc się w drzwi, tak jakby zaraz miały się otworzyć i miałby wejść przez nie Marco. Teraz już byłam wyprana ze wszystkich emocji, byłam pusta, było mi obojętne co się stanie bo już nic gorszego nie mogło mi się przytrafić.
Minął tydzień, cały ten czas spędziłam w domu Marco, w jego ubraniach a dziś jednak musiałam chociaż trochę się ogarnąć... Dziś był pogrzeb. Wstałam niechętnie z łóżka, związałam włosy w kucyk, nałożyłam czarną sukienkę i czarny płaszcz. Pod domem czekał już Nuri.
-jak się trzymasz? - zapytał kiedy tylko wsiadłam do auta
-dobrze...-skłamałam, chociaż i tak pewnie nie uwierzył. Spuchnięte oczy, wystające kości policzkowe, blada cera... Chyba nie tak wygląda osoba, u której jest dobrze... Dojechaliśmy na miejsce w zupełnej ciszy..
Msza trawała dość krótko, później zebraliśmy się na miejsce pochówku. Było naprawdę dużo osób, cała drużyna, ludzie z reprezentacji, rodzina, trenerzy, przyjaciele...
Stałam na samym przodzie, chciałam ten ostatni raz być blisko niego, ale teraz przyznam że nie ma gorszego uczucia niż te, kiedy trumna z kimś tak bliskim dotyka już ziemi. Wtedy zdajesz sobie sprawe, że już po wszystkim, że nic nie wróci do poprzedniego porządku, że musisz zaczynać nowy dzień bez tej osoby, wiesz że już nigdy nie będzie tak samo...
Bardzo chciałam wygłosić przemowę, ale łzy i tak gula w gardle doskonale mi to uniemożliwyły, wiec gdy wszyscy złożyli mi i rodzinie Marco kondolencje i gdy zostałam przy grobie już tylko ja, położyłam kartkę z tym co chciałam powiedzieć... Jeszcze długo potem siedziałam przy nim, rozmawiałam niby to monolog, ale wiedziałam że mnie słyszy. Wiedziałam że jest gdzieś niedaleko i spogląda na mnie, tylko to dodawało mi otuchy.
Kocham Cie i zawsze będę Cię kochać...
Powiedziałam i udałam się do domu...
* * *
Od autorki: w końcu jest, ale jaki smutny. Nie wiem co za wena przyszła ale natchnęło mnie na taki smut. Zauważyłam że nie było ostatnio komentarzy i zastanawiam sie czy jeszcze czytacie?
Pozdrawiam /Patty :3
środa, 14 października 2015
Wkrótce nowy rozdział!
Pojawi się w niedziele wieczorem. Jeśli ktoś jest zainteresowany. Buziaki /Patty :3
niedziela, 13 września 2015
Rozdział 42
Do kawy zrobiłam sobie jedną kanapkę, szybko uwinęłam się ze zjedzeniem i wypicie.Zaraz po tym jak wstawilam naczynia do zlewu poszłam się ubrać. Wybrałam najwygodniejsze czarne rurki, granatowy t-shirt i granatowe vansy. Na to wszystko założyłam kurtke. Zamknęłam drzwi na klucz i ruszyłam do szpitala. Kilkanaście minut później byłam pod szpitalem i nawet zaliczyłam niezbyt miłe spotkanie z kimś kogo się nie spodziewałam. Przed wejściem spotkałam Bett...
Zaniepokoiłam się, bo myślałam że między mną a Mario znów się zepsuje gdy tylko ona się pojawi, ale nie mogłam przecież pilnować go 24 godziny na dobę, poza tym ja nawet nie byłam pewna czy my jeszcze ze sobą jesteśmy. Postanowiłam jednak iść do Marco, bo prawdopodobnie był już gotowy do wyjścia. Chwilę później zostałam pokierowana do sali gdzie do wyjścia gotowy był blondyn.
-Marco, jak się czujesz?-spytałam od razu po wejściu do sali
-całkiem dobrze, może pójdziemy na jakiś mały spacer?- zaproponował z uśmiechem
-chętnie, dawno nie chodziliśmy na spacery...
-to zobacze jeszcze co u Mario i możemy iść. Chcesz pójść tam ze mną?
- wiesz Marco... Ja chyba jeszcze nie jestem gotowa, żeby się z nim zobaczyć, poza tym mijałam się z Bett przed szpitalem i nie wiem czy przypadkiem mu czegoś nie nagadała.
-rozumiem, to weź kluczyki i poczekaj w samochodzie, stoi tuż przy wejściu.
-okay- wzięłam kluczyki i wyszłam. Bez trudu znalazłam auto blondyna, otworzyłam je i zasiadłam za kierownicą czekając na mojego przyjaciela. Po około 15 minut ktoś zastukał w szybę, spojrzałam i uśmiechnęłam się i wysiadłam.
-lecimy na spacer?-zapytałam z uśmiechem
-odstawmy samochód do domu i pójdziemy, co Ty na to?
-okay- wsiadłam spowrotem do samochodu, jednak teraz zajmowałam miejsce pasażera.
W dobrej atmosferze dojechaliśmy do domu i nawet zrobiliśmy zakupy. Rozpakowaliśmy wszystko i postanowiliśmy wyjść. Pokierowaliśmy się w stronę pobliskiego parku, dawno tam nie byliśmy a dzisiejsza aura wręcz namawiała do spacerów. Rozmawialiśmy tak jak nie rozmawialiśmy już dawno, zrobiło mi się strasznie miło, pomimo moich zmartwień. Czułam tę bliskość i więź jaka między nami była. Nagle nastała chwila ciszy i Marco niespodziewanie objął mnie i lekko przyciągnął do siebie. Tak spacerowaliśmy w ciszy jeszcze przez chwile.
-wiesz co?-zagadnęłam
-hmm?
- ostatnio zdałam sobie sprawę z tego co w życiu jest ważne...
-więc co takiego?
-W życiu ważne jest to spojrzenie, jakim obdarowuje Cię ukochana osoba, ten uśmiech, który mówi Ci jak wiele dla Niej znaczysz, te słowa, które dają Ci pewność, że jesteś we właściwym miejscu na ziemi i nie musisz szukać innego by czuć się szczęśliwym. Ważna jest ta świadomość, że masz przy swoim boku osobę, która bez względu na to jakim człowiekiem jesteś, wspiera Cię i walczy o Twoje szczęście, bo jest tu dla Ciebie i Cię kocha. Ważne są te chwile, kiedy uświadamiasz sobie, że nie musisz już niczego szukać, że wszystko czego potrzebujesz jest tutaj, obok, na wyciągnięcie ręki. Ważne jest iść do przodu z podniesioną głową i nie przejmować się błahostkami, które nie jednego człowieka zwaliły z nóg. Ważne, żeby podnosić się po każdej porażce i pokazywać, że uczymy się na błędach, których drugi raz nie popełniamy. Ważne jest być sobą i cieszyć się z życia. Ważne jest, żeby nie zapominać kim się jest i jak wielką wartość w naszym życiu ma miłość. Ważne jest, żeby wierzyć w siebie, bo wiara jest pierwszym krokiem do osiągnięcia sukcesu, i zdobycia celu do którego dążymy.
-wow, zaskoczyłaś mnie. Pięknie to powiedziałaś.
-a wiesz co jest najlepsze?
-co?
-że miałam taką osobę obok siebie już od dawna, ale ja byłam ślepo zakochana w Mario..
-o kim mówisz?
-naprawdę nie wiesz? Mówię o Tobie...- Marco z niedowierzaniem spojrzał na mnie a w jego oczach pojawiły się maleńkie iskrzące się gwiazdki.
-ale.. Nie wiem co powiedzieć.. Zaskoczyłaś mnie, ale wiesz co.? Zawsze chciałem Ci powiedzieć, że Cię kocham.-usłyszałam to i byłam niewyobrażalnie zaskoczona. Myślałam, że to co było między mną a Mario było czymś wyjątkowym jednak teraz czuję, że był to jedynie przystanek między czymś pięknym. Wiem, że przy Marco nie spotka mnie żadna krzywda i że będziemy razem szczęśliwi.
-wiesz... Też Cię kocham.-zarumieniłam się lekko i wtuliłam w blondyna, a on objął mnie tak jak największy skarb na świecie. W końcu poczułam się naprawdę ważna i kochana. Pierwszy raz doświadczyłam szczerej i prawdziwej miłości. Teraz zapewne każdy uważa, że byłam z Mario bo był sławny i znany. Otóż nie, byłam z nim bo go kochałam, ale on był ze mną ze względu na to jak wyglądałam, jak presentowałam się w obiektywach paparazzich... A to co jest teraz między mną a Mario jest nasze i nie na pokaz.
Teraz czuję, że ta miłość przetrwa wszystko, dosłownie i w przenośni i już nie interesuje mnie to czy komukolwiek się to podoba czy nie. Jestem szcześliwa i to teraz chyba najważniejsze.
Spacerowaliśmy już od jakieś godziny, nagle przypomniało mi się że powinnam zapytać o wczorajszą wizytę w szpitalu.
-Marco? Są już wyniki czy możesz dać Mario swoją krew?
-nie, jutro wieczorem powinny być a co?
-nic, tak tylko pytam...-wspięłam się na palcach i go pocałowałam. Nagle zza alejki wyszło 3 dresów i to takich typowych dzikich dresów, nie ukrywam że trochę się ich przeraziłam, gdyż zachowywali się głośno i wulgarnie.
- ej kicia fajny tyłeczek, może pójdziesz się z nami zabawić? -usłyszałam od jednego z nich, ale udałam że to nie do mnie... -eee mała!
-daj jej spokój!- w mojej obronie stanął Marco, czego jednak pożałowałam bo owe dresy zawróciły w naszą stronę i już wiedziałam że szykują się kłopoty.
-taki kozaczek z ciebie blondasku?-popchnął Marco jeden z nich..
-zostaw go!-krzyknęłam, ale jeden z nich złapał mnie i trzymał tak że nie mogłam się ruszyć.
-tobą zajmiemy się później maleńka...
-spróbujesz ją tknąć a zaczniesz wybierać trumnę juz zaraz...-po tych słowach Marco oberwał, co prawda próbował się bronić ale bili go we dwóch, ja cała we łzach wyrywałam się tak, że tamten ledwo mnie utrzymywał...
Chwile później niedaleko alejek przechadzało się dwóch policjantów więc tamci szybko się zmyli, a ja uklękłam przy Marco, który był nieprzytomny. Zadzwoniłam po karatke i wpadłam w panikę.
Po 30 minutach czekałam już w szpitalu na wieści w sparwie blondyna, lekarze co chwilę mijali się na korytarzu, byli strasznie poddenerwowani więc stwierdziałam, że nie będe im przeszkadzać i być może szybciej pomogą Marco. Z godziny na godzinę zaczynałam się coraz bardziej martwić bo żaden z lekarzy do mnie nie wyszedł i od jakiegoś czasu przestali nawet wychodzić z sali. Dopiero gdy traciłam już nadzieję otworzyły się drzwi i wywieźli Marco na łóżku, zabrali go do sali pooperacyjnej, poszłam za nimi bez namysłu, chciałam być teraz przy Marco. Przed wejściem zapytałam lekarza czy aby napewno mogę tam być, lekarz udzielił mi zgody więc bez zbędnego odwlekania weszłam do środka i usiadłam tuż obok łóżka. Chwyciłam dłoń mojego chłopaka i czekałam aż się obudzi.
Minęły 2 godziny i Marco powoli zaczął do mnie wracać, strasznie mi wtedy ulżyło, od razu złożyłam delikatny pocałunek na jego ustach. Nie nacieszyłam się towarzystwem Marco długo bo wszedł lekarz i chciał rozmawiać z blondynem sam na sam, szybko więc wyszłam i kupiłam sobie kawę w automacie. Gdy wróciłam było już po rozmowie jednak Marco był jakiś przygaszony prawie nieobecny. Nie wiedziałam co się stało, więc zapytałam jednak powiedział że wszystko jest w porządku, dlatego też postanowiłam nie drążyć tematu....
Kilka dni później Marco został wypuszczony do domu, oczywiście przyjechałam po niego i przygotowałam mu najlepsze danie jakie umiałam ugotować. Byłam zachwycona faktem, że blondyn czuje się już dobrze, jednak widziałam, że nadal coś go gryzie chociaż próbował tego po sobie nie pokazywać mi jednak to nie umknęło.
-kochanie, pożyczysz mi samochód pojechałabym do Ani bo chciała pogadać...
-jasne, trzymaj kluczyki. -podał mi pęczek kluczy i banknot -i zatankuj jak możesz-uśmiechnął się i mnie pocałował
-będe za 2 godziny, a ty leż i się nie przemęczaj.
-dobrze kochanie...
Szybko wyszłam i wrzyciłam torebke na tylne siedzenie, jednak spostrzegłam że wrzuciłam ją na jakieś papiery. Z ciekawości zajrzałam w nie i to co zobaczyłam zwaliło mnie z nóg i to bez dwóch zdań. "Rozpoznanie: u pana Marco Reus'a wykazano białaczkę". Czytałam ze łzami w oczach i czułam jak zawala mi się świat. Prawie od razu wróciłam do domu z hukiem i rzuciałam w Marco papierami.
-co To jest?!-pytałam ze łzami
-znalazłaś...
-a co?! Zamierzałeś to ukrywać?!
-chciałem lekko cię przyzwyczaić do tego że nie będzie tak samo...
-Marco do cholery jesteśmy ze sobą i takimi wiadomościami wręcz powinieneś podzielić się ze mną, nie sądzisz?
-przepraszam... W poniedziałek wyjeżdżam do kliniki do Monachium, bo tu nie potrafili rozpoznać stadium choroby, ale powiedzieli że to już nie są żarty...
-nienawidzę Cię!- krzyczałam i jednocześnie wtulałam się zapłakana w Marco.
-kochasz mnie, ale spokojnie wykrzycz się należy mi się.. - mówił gładząc mnie po włosach.
Nie spostrzegłam nawet w którym momencie zmęczona i wyczerpana zasnęłam w objęciach Marco.
Pozdrawiam /Patty :3
sobota, 25 lipca 2015
Rozdział 41
-teraz już leży w sali i jest po zabiegu- odpowiedział przyjaźnie
-w której sali?
-w dwunastce- odrzekł i oddalił się wolnym krokiem, a ja pokierowałam swoje kroki do wskazanej mi sali. Zauważyłam, że z Mario rozmawia lekarz, dlatego postanowiłam poczekać na korytarzu, aż panowie skończą rozmawiać. Po pewnym czasie na twarzy bruneta zauważyłam duże zaniepokojenie, zaryzykowałabym stwierdzenie że widziałam strach w jego oczach, ale nie wiedziałam o co mogło chodzić...
Po kilkunastu minutach lekarz wyszedł, a ja zebrałam się w sobie, żeby wejść do sali.
-Zu, przyjechałaś..
-jak widać- udawałam obojętną
-przepraszam, nie wiem co się ze mną stało... jestem idiotą.
-owszem, jesteś. I okay.- nadal udawałam nie wzruszoną całą tą sytuacją.
-kocham Cię...- powiedział po chwili krępującej ciszy,a mi zaszkliły się oczy, jednak nie zamierzałam pokazać słabości, nie teraz...
- co powiedział Ci lekarz?
-że niedługo wyjdę..
-o to dobrze... to ja już pójdę, potrzebujesz czegoś?
-twojej obecności...
-miałeś jej aż nadto, teraz niech Bett dotrzymuje ci towarzystwa. Szybkiego powrotu do zdrowia.
-odpowiesz mi tylko na jedno pytanie?- przytaknęłam mu skinieniem głowy- ale szczerze... kochasz mnie jeszcze?- patrzył na mnie z taką nadzieją w oczach,a ja chciałam mu powiedzieć, że tak i to bardzo, ale nie umiałam już ciągnąć tego dalej, za dużo było sytuacji z których z trudem się umiałam pozbierać. Dlatego postanowiłam zakończyć to teraz, wiem może to nie najlepszy czas, ale jak nie teraz to kiedy?
-to już nie ma znaczenia, to koniec...- spojrzałam na niego, a brunet miał łzy w oczach, ja teoretycznie też, mrugnęłam kilka razy, otarłam oczy i spróbowałam się uśmiechnąć, żeby dodać mu otuchy.
-wiem, zjebałem. Teraz płacę za to utratą mojego całego świata...- po jego słowach w moim gardle pojawiła się gula, której nie sposób przełknąć, spojrzałam na niego ostatni raz i wyszłam z sali mając łzy w oczach. Drżącym głosem wezwałam taksówkę, która zjawiła się pod szpitalem w 5 minut i bez wahania podałam adres Reus'a. Całą drogę biłam się z myślami, nie wiedziałam czy powiedzieć wszystko Marco, czy może ignorować go po tej sprzeczce pod stadionem... Nie myślałam racjonalnie, ja w ogóle nie myślałam...
Byłam zbyt poruszona całą sytuacją a na dodatek dzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu pojawiło się imię Sahina jednak nie miałam najmniejszej ochoty gadać teraz z kimkolwiek a co dopiero z Sahinem, który zasypałby mnie pytaniami i swoją troską. Najzwyczajniej w świecie nie było mi to teraz potrzebne, chciałam tylko w spokoju wrócić do domu, zamienić parę słów z Marco i zamknąć się w pokoju z samą sobą. Jednak złośliwość rzeczy martwych nie zna granic, akurat gdy chciałam być już w domu w centrum Dortmundu był korek, nawet nie sposób było go ominąć, pozostało czekać...
Po ponad godzinie stania w korku w końcu ruszyliśmy i w 10 minut pokonaliśmy drogę z centrum miasta do domu Marco, taksówkarz był bardzo wyrozumiały, widząc mój stan, nawet o nic nie pytał, ani nie próbował zagadywać. Po prostu odwiózł mnie w ciszy do domu, co jakiś czas zerkając w lusterko wsteczne.
Po wyjściu z taksówki, od razu pokierowałam się do domu, weszłam i zastałam Marco w kuchni.
-cześć.- rzuciłam niepewnie z lekką goryczą w głosie, blondyn od razu oderwał się od swojego zajęcia w kuchni i podszedł do mnie.
-przepraszam, za tamto już przeprosiłem Mario, to wszystko przez to, że jesteś dla mnie tak cholernie ważna i nie potrafię patrzeć jak ktoś cię krzywdzi i ...- przerwałam jego nieskładną wypowiedź
-csii Reus.. już dobrze...- posłałam mu uśmiech
-dobrze? nie gniewasz się?
-nie, Marco doceniam że się o mnie troszczysz i dla mnie zrobiłeś coś wielkiego bo broniłeś mnie nie zważając na to że to Twój przyjaciel, dziękuję. - dałam mu buziaka w policzek
-byłaś u niego...- powiedział i wiem że czekał na jakieś szczegóły z mojej wizyty w szpitalu.
- już nie jesteśmy razem..-powiedziałam po czym z moich oczu wydostały się pojedyncze łzy, szybkim ruchem dłoni starłam je i poszłam do pokoju na piętrze. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i położyłam się na łóżku nie mając siły nawet oddychać, co tam siła ja nawet nie chciałam już oddychać. Skończyło się coś co dawało mi tyle szczęścia przez te wszystkie miesiące, moja wielka pierwsza prawdziwa miłość. Bardzo mnie to bolało, ale wiedziałam też, że nic nie trwa wiecznie i w sumie byłam zadowolona że w ogóle było mi dane przeżyć coś takiego, przecież taka miłość zdarza się raz na całe życie...Chociaż nie, tu akurat nie mogłam mieć racji, gdyby to była taka idealna miłość to wcale by się nie skończyła. Powinnam zamknąć ten rozdział i zacząć nowy, ale jak? Wszyscy od urodzenia uczą nas jak kochać, a nikt nie powiedział jak przestać...To chyba jedno z trudniejszych zadań po skończonym związku. Przestań kochać, niby banalne, ale jakże trudne do wykonania w praktyce. Wszystko wtedy przypomina o ukochanej osobie, zapach unoszony przez wiatr, miejsca w których wspólnie się bywa, wspólni znajomi, piosenki, a nawet niektóre filmy... Moją małą agonię przerwało pukanie do drzwi
-idź sobie! chcę teraz być sama!- wrzasnęłam po czym schowałam twarz w poduszce
-nie chcesz...- Marco wszedł do pokoju, doskonale wiedział że nie chce być sama, wiedział że próbuję okłamać samą siebie i odizolować się od ludzi, ale on był typem osoby która nie pozwoli mi wpaść w bagno i zawsze będzie ciągnął mnie ku normalności, wyciągnie mnie z każdego syfu i za to jestem mu dozgonnie wdzięczna. Mieć kogoś takiego jak on to prawdziwe szczęście.- masz ochotę na coś do jedzenia?- zapytał troskliwie.
-mam ochotę się przytulić...-powiedziałam niczym małe dziecko, a Marco położył się i gestem rozkładających się ramion zaprosił do siebie. Bez wahania położyłam się obok, a jego silne ramiona zamknęły mnie w środku. W końcu czułam się spokojnie, poczułam się senna, nawet nie spostrzegłam kiedy zasnęłam...
Poczułam jak ktoś delikatnie próbuje mnie położyć inaczej, otworzyłam oczy i sprawdziłam co się dzieje, to Marco wstawał cały w nerwach. Spytałam co się dzieje, ale powiedział że nic i żebym poszła dalej spać.
-Marco! powiedz o co chodzi.
-Dzwonili ze szpitala, że potrzebna jest krew dla Mario bo dostał krwotoku i to silnego i w dokumentach jest wpisane, że mamy tą samą grupę krwi. i jestem mu to winny.
-jedziesz oddać krew?
-tak.
-jadę z tobą.
-Zu połóż się... trochę się zejdzie bo to sporo krwi więc muszę zostać tam do rana...
-przyjadę rano, i bez sprzeciwów.
-dobrze a teraz śpij perełko. Dobranoc.- pocałował mnie w czoło
-uważaj na siebie i dobranoc. - uśmiechnęłam się słodko po czym na powrót położyłam się i zasnęłam.
* * *
od autorki: Witajcie, przepraszam za to że Was tak zaniedbałam z rozdziałami, strasznie mi wstyd ale postaram się do nadrobić. Brak rozdziałów był spowodowany małym brakiem motywacji ale myślę że dam radę nadrobić to wszystko i dodawać rozdziały co 2-3 tygodnie. Więc standardowe pytanie " jak się podoba rozdział?" :3
zostawiajcie komy i motywujcie :3 Pozdrawiam /Patty :3
wtorek, 12 maja 2015
Rozdział 40
-jak się czujesz?- zapytał z wyraźną troską w głosie
-fizycznie czy psychicznie?- odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- i tak i tak..
-fizycznie to mogłabym góry przenosić...
-a psychicznie?
-psychicznie czuję się jak śmieć...
-Zu... nie mów tak..
-pytałeś przecież jak się czuję...- nie wiedziałam, jak opanować to wszystko co wymknęło się spod mojej kontroli. Może to wszystko ma jakiś głębszy sens? Może ten wyjazd jest Mario potrzebny, żeby zrozumiał że to ja jestem tą jedyną i że chce spędzić ze mną resztę życia... Kogo ja próbuję oszukać?... Gdyby mnie naprawdę kochał, nawet nie pomyślałby o zostawieniu mnie i pojechaniu do Londynu... Do oczu zaczęły napływać mi łzy, które coraz mocniej piekły, dlatego wstałam i szybkim krokiem udałam się do łazienki. Po chwili usłyszałam ciche pukanie do łazienkowych drzwi, wiedziałam że blondyn się o mnie martwił i że chciał dla mnie jak najlepiej.
-powinnaś się z nim spotkać...-poradził zza zamkniętych drzwi
-nie mam na to siły..
- to że udasz że nie ma problemu, nie sprawi że on zniknie...
-wiem...- odpowiedziałam, otworzyłam drzwi i przytuliłam się do Marco, a on głaskał mnie delikatnie bo włosach i próbował jednak namówić mnie na spotkanie z Mario..Ostatecznie po kilku minutach zgodziłam się i poszłam przygotować śniadanie.
Stałam przy kuchennej szafce cała w nerwach i parzyłam kawę. Bałam się tego spotkania, bo gdzieś z tyłu głowy mniej więcej wiedziałam jak ono się zakończy, dlatego tak bardzo próbowałam uniknąć tego spotkania. Dobrze wiedziałam, że owo spotkanie, które ma się odbyć za 4 godziny zakończy wszystko co jest między mną a Mario... Znowu poczułam się przybita, rozdarta i nierozumiana, to wszystko tak z dnia na dzień przestało mieć dla mnie sens, a przecież jeszcze niedawno zrobilibyśmy dla siebie wszystko, teraz Mario nie przeskoczyłby dla mnie nawet kałuży. Podeszłam do dużego salonowego okna i pusto wpatrując się w przestrzeń przede mną zaczęłam wspominać to wszystko. Wypadek przed stadionem, spotkanie z Nurim, poznanie chłopaków z Borussi, poznanie Mario, nasza pierwsza rozmowa, spotkanie, pocałunek, rozstanie i powrót... zamieszkanie razem...później wspomnienia z Mario zaczęły się rozmazywać i ustąpiły miejsca wspomnieniom związanym z Marco. Nasze pierwsze spotkanie, na którym od razu rozumiałam się z Reusem od pierwszej chwili i jego pytanie "bo mogę już cię nazwać moją przyjaciółką, prawda?"to wywołało uśmiech na mojej twarzy, następne wspomnienia doprowadziły mnie do sytuacji w której byłam ja, Reus i Ann-Cathrinn. To ta sytuacja po której Mario był na mnie wściekły do granic możliwości, ale był Moritz który dał nam rozsądne argumenty na to że nie całowałam wtedy Marco i że to było ustawione. Teraz dotarłam do momentu bycia bardzo blisko z Marco i nadal zastanawiam się co mnie tak bardzo do niego ciągnie.
-ej wszystko w porządku?- z moich rozmyśleń wyrwał mnie głos Marco
-tak.
-stoisz tu jak słup soli od jakiejś godziny, chyba się martwię..- uśmiechnął się i zaczął zapinać srebrny zegarek
-za 3 godziny widzę się z Mario...
-jednak?
-yhym..
-nie wyglądasz na zachwyconą.?
-bo nie jestem.
-chcesz o tym pogadać?
-nie, masz trening poza tym. Więc zostaw mi klucze i leć- spróbowałam się uśmiechnąć, żeby zapewnić go że nic głupiego nie przyjdzie mi do głowy
-czuję że powinienem zostać- spojrzał mi głęboko w oczy- powiedz o co chodzi..martwię się- posmutniał i usiadł na stojącej obok kanapie robiąc mi miejsce obok siebie.
-bo to trochę trudne do wytłumaczenia i chyba tylko ja jestem w stanie to zrozumieć..- spojrzałam na niego po czy odwróciłam wzrok a on delikatnym ruchem podniósł mój podbródek i patrzył z czułością w moje oczy, nie umiałam mu się oprzeć i złożyłam delikatny pocałunek na jego ustach, na moim ciele w kilka sekund pojawił się przyjemny dreszcz.
-też nie umiem tego wytłumaczyć, ale czuję coś do ciebie...
-czuję się strasznie...
-bo?
-bo niby jestem jeszcze z Mario, a wczoraj to co między nami się wydarzyło... czuję się jak puszczalska..- teraz przytuliłam Marco i rozpłakałam się- nie jestem tak...
-wiem i nie możesz myśleć nawet o takim czymś... Tobie po prostu potrzebny jest facet, który będzie widział w tobie księżniczkę a nie lalkę do pokazywania światu... Może źle to ująłem, bo Mario naprawdę Cię kocha i nigdy o nikogo nie starał się tak jak o Ciebie, ale może to zabrzmi brutalnie ale on szybko się nudzi uczuciami... i to nie twoja wina, że szukasz kogoś kogo będziesz pewna..
-dziękuję Marco...idź bo się spóźnisz.
-już dobrze, idę, widzimy się wieczorem.- blondyn wstał, pocałował mnie w czoło i wyszedł na trening a ja zostałam i bezwładnie położyłam się na kanapie i rozmyślałam o tym co powiedział Marco. Miał rację, szukałam tego ciepła którego brakowało mi ze strony Mario, ale może on po prostu nie umie być w związku, więc czego ja od niego wymagam? Postanowiłam się zwlec z kanapy i przygotować na spotkanie z Mario.
Postanowiłam założyć czarne rurki, biały t-shirt, ramoneskę i czarne roshe run'y. O 16 byłam gotowa do wyjścia, obliczyłam że na dojazd potrzebuję 30 minut, a z Mario jestem umówiona na 16:40, dlatego zadzwoniłam po taksówkę i ze zniecierpliwieniem wypatrywałam owego pojazdu przed domem. W końcu po 15 minutach zjawiła się, dlatego czym szybciej udałam się do taksówki i podałam adres, a dokładniej powiedziałam "pod Signal Iduna Park poproszę.". O tej godzinie nie mogłam uniknąć korków, dlatego spóźniłam się i zastałam już czekającego Mario. Serce zaczęło walić mi jak oszalałe a nogi odmawiały posłuszeństwa, głos ginął gdzieś w moim gardle... I jak ja miałam to powiedzieć? tak zwyczajnie " Mario nie wyszło nam, to koniec... wracaj do Bett.." no przecież to nie mogło mi się udać...
-cześć.- powitałam go chłodno podchodząc do niego. Miałam taką ochote podejść i przytulić się do niego, ale musiałam zachować ten dystans, tak miało być łatwiej...
- cześć..- odpowiedział lekko zachrypniętym głosem, stwierdziłam że to przez kaca.- więc porozmawiamy?
-po to tu przyszłam... Więc co chcesz mi powiedzieć?
-że cię kocham i nie wybaczę sobie tego jeśli cię stracę...
-trzeba było pomyśleć o tym wcześniej...zanim...-czułam jak rośnie gula w moim gardle- zanim stwierdziłeś że polecisz do Londynu sam...
-Zu zrozum że potrzebuję czasu... pojawiła się Bett tak nagle i to nie jest takie proste!
-zaprzeczasz sam sobie! powiedziałeś że nie wybaczysz sobie jeśli mnie stracisz, a ja nie widzę innego wyjścia niż to że miałabym powiedzieć że to koniec!
-nie rób tego!
-nie dorosłeś żeby być w prawdziwym związku...
-pewnie Reus dorósł...- uśmiechnął się wymownie
-wydaje mi się że w pewnych kwestiach jest bardziej męski niż Ty!- tych słów pożałowałam zaraz po ich wypowiedzeniu. Mario stracił nad sobą kontrolę, a później czułam już tylko piekący ból na swoim policzku. Uderzył mnie. Nie mogłam w to uwierzyć. Mario po tym jak doszło do niego co się stało, zaczął mnie przepraszać i zapewniać że już nigdy więcej to się nie powtórzy, ale ja przez łzy wykrzyczałam że to koniec.
Po tej sytuacji, ze łzami w ochach pobiegłam na stadion gdzie był Marco i reszta Borussen. Gdy tylko weszłam zalana łzami i z czerwonym śladem na policzku Marco od razu do mnie przybiegł nie zważając na słowa trenera.
- co się stało?!- denerwował się blondyn a gdy tylko mu opowiedziałam o sytuacji on wybiegł ze stadionu, później usłyszałam jak krzyczy na kogoś. Zawołałam Nuriego i poprosiłam żeby poszedł do Marco bo ten raczej nie będzie przebierał w środkach i dla jednego z nich skończy się to nie najlepiej. Wyszłam z Sahinem przed stadion i w tym momencie Marco wymierzył Mario uderzenie w nos, brunet nawet się nie bronił. Sprawiał wrażenie, że wie iż mu się zasłużyło. Raz po raz Marco wymierzał ciosy leżącemu na ziemi brunetowi.
- Marco! Przestań!- krzyknęłam i podbiegłam do nich- proszę, zostaw już go...- spojrzałam na blondyna powiedziałam to już błagalnym tonem. Uklęknęłam obok głowy Mario i starałam się ją podtrzymać. Ze łzami w oczach patrzyłam na poobijaną twarz Mario.
-nie płacz księżniczko, należało mi się...- powiedział po czym stracił przytomność, a ja wpadłam w histerię i zaczęłam krzyczeć by wezwali pogotowie. Po paru minutach karetka zabierała już Mario, dowiedziałam się do którego szpitala go odwożą i postanowiłam tam pojechać.
-zadowolony z siebie?! Jak mogłeś tak potraktować przyjaciela?!- wydarłam się na Reusa a ten ze spokojem w głosie odpowiedział:
-tak samo jak on mógł potraktować ciebie, poza tym mówiłem że dopóki przy tobie będę nikt cię nie skrzywdzi....
-mam dość jade do niego!
-Zu!...- próbował mnie zatrzymać ale nie zważałam na to. Szłam zdeterminowanym krokiem na postój taksówek. Po kilkunastu minutach jazdy znalazłam się w owym szpitalu....
* * *
od autorki: Cześć! Witajcie! wróciłam z rozdziałami i mam nadzieję że ta przerwa mi coś dała (więcej weny) i mam też nadzieję że nie straciłam czytelników :3 Także komentujcie, czytajcie i zaglądajcie. Natępny pojawi się w przeciągu 2 tygodni. Pozdrawiam /Patty :3
Wracają rozdziały!
czekajcie do 21:00!
i witam Was ponownie!
Pozdrawiam /Patty :3
środa, 1 kwietnia 2015
Ważna informacja!
Kochani moi, prawdopodobne jest to że chyba zawieszę bloga, gdyż ostatnimi czasy trochę się pozmieniało i mam teraz mniej czasu na obowiązki związane z blogiem. (Nie, to nie jest żart na proma aprilis) pozdrawiam /Patty :3
piątek, 20 marca 2015
Informacja
sobota, 7 marca 2015
Rozdział 39
-wybaczcie za spóźnienie, ale korki straszne. O Mario, z dnia na dzień coraz większe ciacho z ciebie!- trajkotała swoim piskliwym głosem. Większość naszej grupki, chociaż nie była zachwycona obecnością dziewczyny przywitała ją. Ja i Marco wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia i uznaliśmy że nie zrobiła na nas dobrego wrażenia.
- Bett poznaj moją dziewczynę Zuzę.- Mario przedstawił mnie a ja tylko wymieniłam ze znajomą zimne spojrzenia co nie uszło uwadze Marco i Mario. -a to mój najlepszy przyjaciel, Marco.- blondyn rzucił obojętne "miło mi" jednak nawet nie podniósł wzroku, żeby na nią spojrzeć.- to Bett, właśnie wróciła z Londynu.
- Mario, dziobku nie wspomnisz że byliśmy razem przez 2 lata?- spojrzałam wściekłym spojrzeniem na nią a chwilę później na Mario.
-Ekhym..- odchrząknął teatralnie Mats.- Mo był bardzo głodny zamówmy już coś.
-tak, dobry pomysł...- zgodził się z Matsem, Mario, a ja posłałam mu pogardliwe spojrzenie. Po złożeniu zamówień i nawet po skończonym posiłku rozmowy przy stole toczyły się w sumie między wszystkimi, ale Mario i tak poświęcał najwięcej czasu Bett, gdy ja coś powiedziałam tylko na mnie spojrzał i nawet niczego nie skomentował, totalnie miał mnie gdzieś, bolało mnie to, że byłoby mu na rękę gdybym stamtąd wyszła. Nie rozumiałam jego zachowania, ostatnio wyjaśniłam mu jak mnie boli jego zachowanie wobec kobiet a on? A on zachowywał się jak gdyby żadnej takiej rozmowy nie było.
Po kilka lampkach wina, które Mario i Bett pochłaniali jak gąbki, zaczęli się do siebie kleić. Nie umiałam na to patrzeć, wstałam i miałam wyjść, ale wszyscy spojrzeli na mnie pytającym spojrzeniem.
-Wybaczcie, jakoś mi niedobrze-skierowałam wzrok na Bett- idę się przewietrzyć, Marco przepuścisz mnie?
-Właściwie to chyba też pójdę, bo coś niezbyt...no..- również spojrzał na Bett i Mario a ja posłałam lekki uśmiech w kierunku blondyna, bo mimo że chyba był na mnie zły to trzymał moją stronę kiedy Mario, robił coś co mnie raniło.
-Zu, czekajcie. Ogarnę ich.- szepnął do mnie Mats
-nie trzeba, my już wychodzimy- spojrzałam na Marco, po czym dodałam z ironią w kierunku Mario- miłego wieczory wam życzę...
- ej! Zuzik!- zaczęła zmartwiona Cathy, której odpowiedziałam że zdzwonimy się wieczorem. Po chwili ruszyłam w kierunku wyjścia, jednak zatrzymał mnie głos Mario.
-Zuza nie wydurniaj się!- powiedział podniesionym tonem i złapał mnie za nadgarstek.
-Ałć!- syknęłam- puść!
-Mario!- próbował przywrócić go do porządku Mats, udało mu się bo Mario mnie puścisz. Spojrzałam na twarz czarnowłosej dziewczyny, widniał na niej bezczelny uśmieszek. Miałam ochotę zetrzeć jej go z twarzy...
-przeginasz stary!- syknął do niego Marco.
Gdy tylko znalazłam się na zewnątrz rozpłakałam się i nie potrafiłam się opanować, w takich sytuacjach ta, Marco po raz kolejny pokazał że mnie nie zawiedzie. Pomimo atmosfery jaka między nami panowała od kilku godzin podszedł i przytulił mnie. Przez chwilę szeptał żebym się uspokoiła i że jest przy mnie, a później poprowadził do swojego samochodu, komunikując że jedziemy do niego. Po drodze dostałam sms-a od Mario: "Masz zamiar wrócić do domu, czy tak idealnie Ci z Marco?", chwilę później dostałam sms-a od Matsa, żebym nie przejmowała się tym co pisze Mario, bo jest kompletnie pijany. " jeśli nie chcesz żebym wracała po prostu mi to napisz"- takiego sms-a wysłałam do Mario, a Matsowi wysłałam zwykłe "okay". Przez całą drogę do domu Reusa czekałam na odpowiedź od Mario, a bardzo chciałam, żeby odpisał. W końcu dojechaliśmy do domu blondyna, przestałam czekać na odpowiedź i odłożyłam telefon na szafkę w kuchni i usiadłam w salonie. Pewnie wszyscy myślą, że na rękę mi ta kłótnia z Mario. Otóż nie jest mi na rękę, bo jakby nie było bardzo kocham Mario, a to że coś mnie zauroczyło w blondynie to inna sprawa.
-Marco, możemy pogadać?- podeszłam do blondyna, który przeszukiwał szafę.
-miałem nadzieję, że dzisiaj tego uniknę...- spojrzał na mnie smutnym wzrokiem a ja od razu zapytałam dlaczego tak bardzo chce uniknąć rozmowy ze mną.- nawet nie powiedziałaś, że się zaręczyliście...- no tak, o to mu chodziło!
-powiedziałabym Ci gdybym miała o czym... nie przyjęłam oświadczyn.
-bo?
-bo powiedzmy, że nie jestem gotowa na tak duży krok..
-ale nadal jesteście razem?
-szczerze, to już sama nie wiem.- posmutniałam a on przytulił mnie do siebie i przeprosił za swoje zachowanie, wtedy pod restauracją. Siedziałam wtulona w niego przez dłuższy czas, jednak musiałam się "odkleić" od blondyna gdyż zadzwonił mój telefon, podeszłam i spojrzałam kto dzwonił. To była Cathy.
-Zu wszystko okay?
-tak jest w miarę dobrze, a jak tam towarzystwo?
-no więc...- wahała się, ale zachęciłam ją do powiedzenia- Mario i Bett wzięli wspólną taxówkę..- wyrzuciła to z siebie.
-a okay..- byłam zmieszana i nie wiedziałam co myśleć, Cathy jeszcze kilka razy mnie zapewniła, że jakby coś się działo to ona i Mats są do mojej dyspozycji, podziękowałam i rozłączyłam się. Na początku myślałam, że może Mario ją tylko odwozi, ale chwilę później doszłam do wniosku, że Mario nie przepuściłby takiej okazji, tym bardziej że zachowywali się tak a nie inaczej wobec siebie.
- co jest?
-nic, chodź zrobimy coś do jedzenia?- zaproponowałam a blondyn zgodził się na moją propozycję. Widziałam, że Marco doskonale sobie radzi, dlatego nie chciałam wchodzić mu w drogę i usiadłam na kuchennym blacie i pilotem włączyłam muzykę. Marco co jakiś czas spoglądał na mnie i się uśmiechał, a mnie coraz bardziej coś ciągnęło do niego.
Po tych małych kuchennych rewolucjach Reus'a stwierdziliśmy że jednak nie jesteśmy głodni i zasiedliśmy na kanapie przed kominkiem, to znaczy on usiadł normalnie a ja położyłam się opierając głowę na jego nogach, blondyn co jakiś czas bawił się moimi włosami.
-zobacz.-spojrzał w okno- śnieg zaczął padać- podniosłam się podeszłam do tarasowych drzwi, otworzyłam je i wyszłam na zewnątrz. Zaraz za mną wyszedł Marco i założył mi na ramiona swoją bluzę i stanął naprzeciwko mnie, obserwując jak płatki śniegu zaplątują się w moich włosach, ja zaś obserwowałam to samo zjawisko na jego perfekcyjnie ułożonych włosach, spoglądając też co jakiś czas w jego błyszczące oczy.
Na dworze było już ciemno, światło wychodzące na zewnątrz biło jedynie od kominka salonowego, w radiu szybka piosenka ustąpiła miejsca spokojnej balladzie (unchained melody), blondyn położył swoje ręce na mojej talii i przyciągnął mnie do siebie, zaczęliśmy się kołysać w rytm piosenki. Po skończonym tańcu spojrzałam na niego, uśmiechnęłam się i oddaliłam nieznacznie chcąc wejść do środka, jednak po raz kolejny tego wieczoru poczułam jego dotyk na mojej talii, przyciągnął mnie lekko do siebie i obrócił tak bym stała przodem do niego. Spojrzałam mu w oczy, a jego twarz zbliżyła się do mojej, chwilę później nasze usta były złączone w czułym pocałunku. Nie protestowałam, moje ręce wplotły się w jego włosy, a on wziął mnie na ręce i nadal całując zaniósł do sypialni. Pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne, aż w końcu blondyn pozbawił koszulki najpierw siebie a później mnie, kiedy jego spodnie wylądowały na podłodze obok moich, zadzwonił telefon Marco i uniemożliwił nam dokończenie naszej interakcji.
- to Mario...- powiedział lekko zmieszany.
-jak coś to ja już śpię.
-okay- uśmiechnął się po czym odebrał, kiedy tak z nim rozmawiał dotarło do mnie co zrobiłam, czułam się okropnie, ale jedyne co mnie usprawiedliwiało to fakt, że Mario prawdopodobnie bawił się tak samo.-halo? tak... jest, ale śpi... co zrobiłeś?!.... jezu Mario jesteś idiotą... nie nie przyjeżdżaj bo pewnie nawet nie chce cię widzieć... że gdzie?!... pojebało cie, stary?... Zu Ci tego nie wybaczy!- rozłączył się.- kurwa!- zaklął Marco po zakończonej rozmowie.
- co jest?- spytałam lekko zdenerwowana.
-nic takiego...- spojrzał na mnie i przeczesał swoje włosy, które były w małym nieładzie
-Marco...- spojrzałam na niego proszącym wzrokiem
-Mario chce pojechać do Londynu, na dwa dni... z Bett..- w tym momencie coś we mnie pękło, nie mogłam stracić Mario i w ogóle co to za pomysł z tym Londynem?! Miałam nadzieję, że jak wytrzeźwieje to przemyśli to i mu przejdzie... W trakcie mojego załamania, Marco znalazł dla mnie swoją klubową żółto- czarną koszulkę, dał mi ją i wyszedł na chwilę dając mi trochę czasu dla siebie. Dobrze mnie znał i wiedział, że potrzebowałam tego. Po kilku minutach wrócił i położył się obok mnie. Leżałam obok blondyna w bezruchu, ta wiadomość tak mnie zmiażdżyła że nie miałam siły nawet płakać, w końcu Marco przyciągnął mnie do siebie i przytulił. Najlepszym lekarstwem dla mnie był sen, dlatego postanowiłam zasnąć i rano spróbować ogarnąć wszystko co wymknęło się spod mojej kontroli...
od autorki: Mamy 39 rozdział (wow, strasznie szybko lecą te rozdziały czuję się jakbym dopiero co dodała pierwszy), zauważyłam jednak, że coś mało komentujecie no ale mam nadzieję że to przejściowe. Zastanawiam się czy chcielibyście niespodziankę przy 40 rozdziale? (Który pojawi się chyba w następną sobotę) ;)
Miałej soboty! Pozdrawiam /Patty :3
środa, 4 marca 2015
Rozdział 38
Wybiła 13:00, nasz samolot podchodził właśnie do lądowania, po kilku minutach stałam już na płycie Dortmundzkiego lotniska trzymając Mario za rękę. Byłam strasznie podekscytowana, bo wiedziałam, że zaraz zobaczę chłopaków, Anię i Cathy, gdyż mieli po nas przyjechać i mieliśmy iść razem na obiad.
Pogoda w Dortmundzie odzwierciedlała mój nastrój, było pochmurno, padał deszcz (no błagam deszcz w grudniu?) i jak na wczesną godzinę było dość ciemno, ale nie narzekałam lubię taką pogodę.
-dobra skup się i powiedz kto dokładnie będzie.- zagadnęłam z uśmiechem
-no więc na sto procent Marco i Moritz, Nuri, Robercik i Ania, Mats i Cathy. A co?
-nic, byłam ciekawa ile osób się za nami stęskniło.- odpowiedziałam i pociągnęłam Mario w stronę naszych walizek. Przez cały czas myślałam o tych odrzuconych zaręczynach i zastanawiałam się czy opowiedzieć wszystko Ani, ona chyba umiałaby mi pomóc.- Mario?
-tak, kochanie?
-o której tu będą?
-za jakieś 5 minut, a co ci tak śpieszno do nich?- zapytał podejrzliwie, a ja od razu spanikowałam że Mario czegoś się domyśla i zaczęłam się jąkać:
-no bo, no.. stęskniłam się za Anią i Cathy.
-no chyba, że tak.-pocałował mnie w czubek głowy i przytulił, czułam się okropnie, widząc jak Mario się stara, a ja nie byłam wobec niego szczera. Przyznaję się, nie zasługiwałam na niego. Było mi głupio, ale nie chciałam mu powiedzieć, że prawdopodobnie czuję coś do jego najlepszego przyjaciela. Nie mogłabym mu tego powiedzieć, za bardzo by go to zraniło, a ich przyjaźń pewnie by ucierpiała i to dość mocno. Z mojego zamyślenia wyrwał mnie głos Mario.
-halo Ziemia do Zuzy, Ania i Cathy już tu są.- spojrzałam na niego nieobecnym wzrokiem, uśmiechał się i patrzył przed siebie, poszłam w jego ślady i spojrzałam w tym samym kierunku, po chwili ujrzałam całą siódemkę. Ania i Cathy stały krok przed chłopakami, od razu puściłam rękę Mario i zostawiając do samego z walizkami podbiegłam do dziewczyn, uścisnęłam najpierw Cathy, a później podeszłam i przytuliłam Anię, przytulając ją spojrzałam przez jej ramię na Marco, który delikatnie się do mnie uśmiechnął, po kilku sekundach witałam się już z Robertem, później z Moritzem, Matsem, Nurim a na końcu z Marco. Przytulił mnie do siebie, a ja wtuliłam się w jego szyję. Przez dłuższą chwilę nie miałam zamiaru go puścić, aż w końcu odezwała się Ania:
-o Zu! zobacz Mario taki dobry przyniósł wasze bagaże.- doskonale wiedziałam, że moja przyjaciółka nie jest tępa i już czegoś zaczynała się domyślać, a dla mojego dobra zakomunikowała mi, że podszedł Mario, który przywitał się ze wszystkimi i podobnie do mnie zostawił sobie blondyna na koniec.
-to co idziemy coś zjeść?- zapytał uradowany Mo.
-Ty to tylko o jedzeniu, żarłoku!- powiedział żartobliwie Mats, zsuwając mu czapkę na oczy.
- no co? głodny jestem!- tłumaczył się 23 latek.
-okay, to robimy tak, że Rob jedziesz z Marco i Mario, bo ja chcę pogadać z Zu. Spotkamy się w restauracji.
-a ja już nie mam tu nic do powiedzenia?- zaprotestowałam z rozbawieniem
-absolutnie nic.- odpowiedziała z uśmiechem i wzięła moją walizkę lekko ciągnąc mnie w kierunku jej samochodu. Po chwili siedziałyśmy już w jej samochodzie a moja przyjaciółka właśnie przekręciła kluczyk w stacyjce, a silnik wydobył z siebie cudowny ryk.- więc co stało się w Warszawie? tylko bez ściem.
-no... nic wielkiego.
-i dlatego ledwo co odkleiłam cię od Reus'a?
-no bo Mario...
-co on znowu zrobił? przysięgam że go kiedyś zabiję..- było słychać troskę w jej głosie
-on mi się oświadczył. - po moich słowach Ania momentalnie zahamowała, a za nami rozległ się dźwięk klaksonu, moja przyjaciółka spojrzała w lusterko wsteczne i wyszczerzyła ząbki w uśmiechu po czym wyjęła telefon i zadzwoniła do Mario, który jechał za nami z Lewym i Marco.
-jakiś problem?- rzuciła rozbawionym głosem
-weź mi dziewczyny nie poturbuj, tą swoją jazdą.
-a nie narzeczonej?
- Anka!- zezłościłam się i wyrwałam jej telefon- nie przyjęłam oświadczyn!
-kuźwa przepraszam...
- spoko, jakoś się mu wytłumaczę dlaczego o tym wiesz...
-czekaj! coś ty powiedziała?! nie przyjęłaś, czemu?- spojrzałam na nią a potem w okno.- czekaj..boże Zu, chodzi o blondaska! Jezu...
- no bo ja nie wiem co czuję.
-porozmawiaj szczerze z Mario.
- nie mogę, gdybym mu powiedziała ich przyjaźń runęłaby jak domek z kart..
-no ale nie możesz go okłamywać. A co z Marco jemu też nic nie powiesz?
- nie wiem, potrzebuję kilku dni ma zastanowienie się nad tym wszystkim
-okay. Chodź jesteśmy na miejscu.- wyłączyła silnik i wysiadła a ja chwilę po niej.- chodź tu mała.- przytuliła mnie- pamiętaj, że zawsze przy tobie będę i nie zostawię cię samej z problemami.- doceniałam to jak Ania mnie traktowała, trochę jak młodszą siostrę
-dzięki za wszystko.- odsunęłam się od niej i uśmiechnęłam. Akurat na parking wjechały dwa samochody. Jeden z Lewym, Mario i Marco i drugi z Matsem, Cathy, Nurim i Moritzem.
-idziemy jeść!- krzyknął Mo wysiadając z auta.
-ale mu przywalę zaraz! Całą drogę miauczy że jest głodny.- pożalił się Mats, opuszczając miejsce kierowcy.
- A może jest?- zaśmiał się Mario, podchodząc i przytulając mnie.
-stary co się sapiesz?- zapytał rozbawiony zachowaniem przyjaciela Moritz.
-jak cię sapnę to ci własna babcia dokładki nie zaproponuje.- na ten tekst wszyscy zwijali się ze śmiechu a podirytowany Mats ruszył w kierunku wejścia, my zaraz za nim.
Szłam między Anią, która rozmawiała z Robertem, a Mario, który rozmawiał z Mo. Tak więc stwierdziłam, że zrobi kilka kroków w tył gdzie szedł przygaszony Marco, na początku szłam tuż obok niego w ciszy, ale martwiłam się o niego, bo nagle zrobił się taki ponury, postanowiłam zapytać o co chodzi, jednak obojętnym tonem powiedział, że o nic.
-Reus!- zdenerwowało mnie to, że nawet nie uraczył mnie żadnym spojrzeniem, kiedy ze mną rozmawiał.
-Powiedziałem, że o nic!- powiedział z nieukrywaną złością, aż mnie zamurowało. Nigdy dla mnie taki nie był, zabolało mnie to w jaki sposób mnie potraktował. Marco oddalił się, zostawiając mnie w tyle. Przystanęłam na chwilę, żeby ogarnąć co się stało, że tak mnie potraktował.
-Zu! idziesz?- zawołał Moritz, a ja się ocknęłam i ruszyłam w kierunku przyjaciół.-co jest?- zapytał Mo kiedy do nich podeszłam. Spojrzałam na Marco, który spojrzał się na mnie.
-naprawdę nic ważnego..- odwróciłam wzrok od blondyna i spojrzałam na mojego rozmówcę.
Weszliśmy do restauracji, była dwupiętrowa co mnie lekko zdziwiło, poprowadzono nas do wcześniej zarezerwowanego stolika dla 10 osób. (ale dlaczego kelner powiedział 10, jeśli nas jest 9?). Byłam zaskoczona, ale nie tylko ja. Marco chyba też o czymś nie wiedział bo jego mina wyrażała mnie mniejsze zdziwienie od mojego. Kelner wskazał nam miejsca, pech chciał że siedziałam obok Marco, a Mario na przeciwko mnie, obok mojego ukochanego było wolne miejsce. Co się tu dzieje? Zastanawiałam się, a właściwie próbowałam sobie przypomnieć czy Mario mówił mi o kimś jeszcze, ale doskonale pamiętam, że nie mówił o nikim spoza naszej paczki znajdującej się tu. Z moich rozmyśleń wyrwał mnie dość nieprzyjemny głos dodatkowego gościa, którego nie znałam....
* * *
od autorki: tak jak obiecałam, mamy środę mamy rozdział. Nie do końca jestem z niego zadowolona, bo widziałam go trochę inaczej w mojej początkowej wizji rozdziału. Jest sporo dialogów, ale też bohaterzy mieli sobie sporo do opowiedzenia jak sami widzicie. Następny planuję dodać w piątek lub w sobotę. Tak więc za niedługo. Jak wam się podoba, rozdział? Pozdrawiam /Patty :3
niedziela, 1 marca 2015
Rozdział 37
Myślałam o mojej relacji z Marco, teraz kiedy byliśmy oddaleni od siebie o jakieś 2 tysiące kilometrów naprawdę zaczęłam za nim tęsknić i dopiero teraz zrozumiałam, że oszukuję samą siebie, że chyba nadal gubię się w swoich uczuciach, chociaż wiem że najbardziej kocham Mario, który jest moją pierwszą miłością, ale Marco... No właśnie.... Marco.
Sytuacja z naszych wakacji z przyjaciółmi tak bardzo zapadła mi w pamięć, że co jakiś czas o niej myślałam. Teraz owe wspomnienie wróciło, a ja znów poczułam się zagubiona.
Usłyszałam jak Mario wstaje z łóżka, ale nie odwróciłam się, nadal patrzyłam w ogromne pokojowe okno. Z zamyślenia wyrwał mnie dotyk rąk Mario na mojej talii, stanął za mną i przytulił mnie, całując mój policzek.
-cześć kochanie.- wymruczał mi do ucha, nadal obejmując. Po moim ciele przebiegły przyjemne dreszcze.
-cześć.- odwróciłam się tak, żeby spojrzeć mu w oczy. Gdy tylko stanęłam przodem do niego, pocałował mnie w nosek, na co delikatnie się uśmiechnęłam. Spojrzałam w jego oczy, które były pełne miłości do mnie, a ja nie potrafiłam tego docenić i z jednej strony miałam straszną ochotę wtulić się w ramiona Marco, który dawał mi taki spokój i bezpieczeństwo a z drugiej wiem, że to znowu zraniło by Mario, przecież tego drugiego kocham ponad wszystko.
- wszystko w porządku?- zapytał ze słyszalną troską w głosie, a ja poczułam że zaczynam zawodzić.
-tak, jasne.-wymusiłam coś na kształt uśmiechu i na powrót odwróciłam się w stronę okna.- ładny widok, co nie?
-tak, ale jeszcze fajniejszy by był gdybyś była ze mną szczera...- objął mnie i delikatnie odwrócił w swoją stronę, a ja uciekałam wzrokiem od jego przenikliwych spojrzeń.- ej, promyczku co jest?
-nic, po prostu ja na ciebie nie zasługuję...- pożaliłam się i "pokazałam" mu trochę swoich myśli, ubierając je w słowa.
-o czym ty mówisz, kochanie? Wiesz że kocham cię ponad wszystko.- poprowadził mnie do łóżka i usiedliśmy na nim przodem do siebie. Przeczesałam ręką swoje włosy, które były w dość dużym nieładzie. Chciałam poskładać myśli, żeby nie wygłupić się i tym samym nie zranić Mario, ale wszystkie myśli nieznośnie piętrzyły się w mojej głowie nie dając złożyć mi żadnego sensownego zdania.
-boję się że to nie ma większego sensu...- wypaliłam po dłuższej chwili, spuszczając wzrok. Spojrzałam na twarz Mario, która wyrażała smutek i zagubienie, nie wiedział co się dzieje.
-poczekaj... mówisz, że nasz związek nie ma większego sensu?- usiłował zrozumieć mój tok myślenia.
-nie. To znaczy nie wiem, po prostu boję się, że między nas wkradnie się taka codzienna rutyna...- czemu to powiedziałam? przecież właśnie o takiej rutynie marzyłam kilkanaście godzin temu w samolocie...
-nie mam pojęcia jak cię przekonać, że na pewno się nie wkradnie..- widać było, że był podłamany.
-nie musisz mnie przekonywać. Po prostu kochaj mnie tak jak umiesz...- powiedziałam tajemniczo, ale nawet ja do końca nie wiedziałam o co mi chodzi, dlatego nie oczekiwałam od Mario, że zrozumie o co mi chodzi. Przez chwilę patrzył na mnie nieobecnym wzrokiem, później wstał i pocałował mnie w czoło. Podszedł do okna przy którym jeszcze chwilę temu staliśmy, teraz wyglądał jak posąg, który stoi nieruchomo i wpatruje się w pustą przestrzeń ponad niższymi budynkami. Zimowe słońce wychylało się już ponad horyzont, jego promienie muskały teraz delikatnie twarz monachijskiego pomocnika, a jego kasztanowe włosy iskrzyły się w blasku słońca. Zrobiło mi się na prawdę smutno, widząc jak bardzo dotknęło go to co powiedziałam. Wstałam z łóżka i ruszyłam w jego stronę, przytuliłam się do niego a on chwycił mnie za rękę i przez dłuższą chwilę staliśmy w ciszy.- kocham cię..- powiedziałam cicho, tak jakbym mówiła to tylko do siebie, ale wiem że on to doskonale słyszał, bo kątem oka zauważyłam że kąciki jego ust uniosły się delikatnie w górę tworząc prawie niezauważalny uśmiech.
-ja ciebie też.- szepnął i pocałował mnie w czubek głowy.- co dziś robimy?
-nie mam pojęcia..- uśmiechnęłam się.- zostańmy w hotelu.- zaproponowałam żartobliwie
-ej, jutro wracamy a ty chcesz siedzieć w hotelu? Wieczorem zabieram cię do restauracji to pewne na sto procent, ale co będziemy robić przez te 7-8 godzin?
- to zbieraj się, pozwiedzamy Warszawę.- zadecydowałam i poszłam się ubrać w wygodne ubrania.
Po wyjściu z hotelu skierowaliśmy swoje kroki do zoo, spontaniczny pomysł ale spędziliśmy tam przyjemne 4 godziny, mieliśmy setki selfie stamtąd, w taksówce zaczęliśmy je oglądać nabijając się z siebie raz po raz, jednak nasze rozbawienie przerwał dzwoniący telefon.
-halo?...hahah cześć bro!- po tych słowach wiedziałam kto dzwonił, zapewne nasz kochany blondasek, na chwilę wyłączyłam się, ale po chwili znów zaczęłam słyszeć ich rozmowę- świetnie jest!... no ale serio, żałuj że cię nie ma... wiem!... no jest, nawet siedzi obok bo właśnie wracamy do hotelu...- chodziło o mnie, pytał o mnie! Czyli on też o mnie myślał! "Boże Zu nie podniecaj się tak! jesteście tylko przyjaciółmi i tak ma zostać, pamiętaj że jesteś z Mario" takim cudownym tekstem mój rozum sprowadził mnie na Ziemię.- to do ciebie.- Mario podał mi telefon, uśmiechając się przy tym łobuzersko.
-halo?- głos mi się zachwiał, po czym odchrząknęłam.
-cześć śliczna!
-Marco, cześć.- na dźwięk jego głosu, przyjemne dreszcze przebiegły moje ciało.
-wracaj już, stęskniłem się...- powiedział z lekkim smutkiem.
-ooo, ja za tob... yhm.. już jutro wracamy.- powiedziałam zagryzając usta.
- wiem, Mario wspomniał. O i Sahin o ciebie pytał, chyba też się stęsknił.- po głosie wywnioskowałam że się uśmiechał.
-dobrze że już jutro się z wami zobaczymy.- zerknęłam na nieco znudzonego Mario i cmoknęłam go w usta- Muszę kończyć bo właśnie dojeżdżamy pod hotel, widzimy się jutro! Pa!
-pa Zu.- pożegnał mnie z lekkim smutkiem, ale wiedziałam że jeszcze dzisiaj będę chciała do niego zadzwonić. Wysiedliśmy z taksówki i powędrowaliśmy do windy, a chwilę później byliśmy już w naszym pokoju, zrzuciłam z siebie niezbyt wygodne spodnie, zostając w samej koszulce i bieliźnie. Znowu stanęłam przed wielkim oknem, oczekując na to aż Mario zwolni łazienkę. W głowie cały czas słyszałam głos Marco, dlatego bez dłuższego analizowania sytuacji wzięłam swój telefon i wysłałam blondynowi sms-a: "Marco, tęsknię za Tobą..." nim się obejrzałam, przyszła odpowiedź: "Ja za Tobą też, chciałbym żebyś była już tu na miejscu.", wymieniliśmy jeszcze kilka sms-ów i akurat wyszedł Mario, a ja zabrałam ze sobą kosmetyczkę i poszłam do łazienki przygotować się na dzisiejszą kolację z Mario. Usiadłam na krawędzi wanny i zaczęłam się zastanawiać czego ja chcę... Mario czy Mario? Życia jako dziewczyna piłkarza czy wycofania się z tego i powrotu do szarej rzeczywistości? I co najważniejsze czy powinnam się wycofać i dać szansę naprawić całkowicie to, co między Mario i Marco, zepsuła moja osoba. Zbyt dużo ważnych pytań jak na jedną osobę. Wstałam i spojrzałam w lustro, spojrzałam w oczy osoby która czuła się winna, ale czy powinna się tak czuć? Kolejne pytanie, które najprawdopodobniej zostanie bez odpowiedzi. Otworzyłam kosmetyczkę, chcąc zrobić makijaż, ale ujrzałam na jej dnie błyszczący kawałek cieniutkiej jak kartka stali, czyżby rzeczywistość lub zbieg okoliczności podpowiadał mi co mam zrobić z tą żyletką? Wzięłam ją i delikatnie obróciłam kilka razy między palcami. Nie mogę tego zrobić, przecież obiecałam, przecież ja tak naprawdę tego nie chcę... a może jednak? Ostatecznie powstrzymałam się i wrzuciłam przedmiot do kosza na śmieci. Byłam z siebie dumna. Z natłokiem myśli, zabrałam się do zrobienia makijażu, po kilkunastu minutach wyszłam i zabrałam się za szukanie kreacji na dzisiejszy wieczór, zdziwiło mnie że gdzieś zaginął Mario, a bynajmniej straciłam go z oczu, wychyliłam się za drzwi, stał na korytarzu i... flirtował ze sprzątaczką?! Tego już było za dużo jak na moje nerwy, wróciłam do łazienki i wyciągnęłam telefon dzwoniąc do Marco, po chwili blondyn znał sytuację i próbował mnie uspokoić. Jego głos tak kojąco działał na moją złość i na wszystkie moje nerwy. Między słowami Marco, usłyszałam że Mario wrócił do pokoju, pożegnałam się z Marco obiecując że nie zrobię nic głupiego i wyszłam do Mario.
- o kochanie, gotowa?- zapytał z uśmiechem
- nawet mnie nie denerwuj...- syknęłam
- co jest?
- zapytaj tej sprzątaczki od siedmiu boleści...
-co?
- Chociaż raz w życiu mógłbyś się ogarnąć! Nie rozumiesz, że nie mam już siły patrzeć jak flirtujesz z każdą ładną dziewczyną?!!- wybuchłam najpierw krzykiem, który słowo po słowie zamieniał się w szloch. Oparłam się o ścianę a chwilę później osunęłam się po niej i siedziałam na podłodze chowając twarz w dłoniach i płacząc.
-Zu, ja... ja przepraszam...
-obiecałeś że się zmienisz...dla mnie.. widocznie nie jestem na tyle ważna żebyś dotrzymał tego słowa. Ty nigdy się nie zmienisz...- spojrzałam na niego wzrokiem pełnym żalu. Po Mario zaś widziałam, że zawiódł nie tylko mnie ale też samego siebie. Bez słów podniosłam się, posłałam mu jedno obojętne spojrzenie, ubrałam się i w ciszy wyszłam z pokoju, zostawiając w nim Mario i jego myśli. Kolejny raz potraktował mnie jak opcję zapasową, może i mnie kochał ale nie umiał się na mnie skupić. Głupiał na widok ładniejszej dziewczyny, a jemu za każdym razem uchodziło to bez żadnych konsekwencji, dzisiaj na prawdę już nie wytrzymałam, kolejny raz się na nim zawiodłam. Teraz nie chodziło już tylko o to czy go kocham, chodziło o coś znacznie ważniejszego, o zaufanie które z każdą taką sytuacją tracił. Szłam ze słuchawkami na uszach i rozmyślałam o tym wszystkim co dzisiaj mnie męczyło, nawet nie zauważyłam że nogi poprowadziły mnie w "moje" miejsce. Usiadłam na jednej z ławek i przyglądałam się mostom, które były cudownie podświetlone, Stadionowi, który wcale gorzej nie wyglądał. Wdychałam chłodne grudniowe powietrze, powoli resetując wszystkie myśli błądzące po mojej głowie.W końcu po całym dniu odetchnęłam, wyrzuciłam wszystkie myśli z głowy, chociaż przez chwilę chciałam się poczuć wolna od tego wszystkiego, znów nabrałam mroźnego powietrza w płuca. Spojrzałam ostatni raz na Stadion i na resztę śpiącej Warszawy i postanowiłam wrócić do hotelowego pokoju.
Znajdując się już na 28 piętrze drzwi windy otworzyły się a ja nieśmiałym krokiem wyszłam na korytarz, który prowadził do naszego pokoju. Zdając sobie sprawę, że Mario może już spać wślizgnęłam się po cichu do pokoju, ale Mario nie spał, stał zwrócony w stronę okna, na stoliku zauważyłam ogromny bukiet róż i małe zamszowe pudełeczko, zamarłam. Puściłam bezwładnie drzwi, które trzaśnięciem przywołały wzrok Mario.
- Zuza, wiem zjebałem to, ale proszę wybacz mi.
-Mario, który to raz mnie o to prosisz?
-już ostatni.- powiedział to pewnie, bez żadnego zawahania
-ostatni.- zgodziłam się przyjąć jego przeprosiny, a on pocałował mnie delikatnie, dał mi bukiet na oko 100 róż, uśmiechnęłam się i oddałam mu bukiet żeby włożył go z powrotem do wazonu.
- mam dla ciebie propozycję...- wziął pudełeczko ze stolika i uklęknął. "nie rób tego proszę, nie rób no." błagałam go w myślach nerwowo przestępując z nogi na nogę.- wyjdziesz za mnie?- " zrobił to." znów moja podświadomość urządziła sobie w mojej głowie monolog.
-Mario... no zaskoczyłeś mnie...i kurcze nie wiem jak i co mam ci powiedzieć.. Kocham cię, ale ja chyba potrzebuję czasu żeby podjąć decyzję, bo jednak dotyczy ona naszej przyszłości i ja nie wiem, nie potrafię teraz powiedzieć "tak" po tej sytuacji, którą mam w głowie. Ale kocham Cię i chcę z tobą być i czy na razie zaręczyny są nam do szczęścia potrzebne?- popłakałam się, za dużo emocji. Nie chciałam mu tego mówić, dlatego tak bardzo prosiłam, żeby tego nie robił. Uklęknęłam obok niego, a dokładnie na przeciwko i spojrzałam mu w oczy.
-też cię kocham, dam ci tyle czasu ile potrzebujesz...- przytulił mnie a ja nie potrafiłam powstrzymać łez.- nie płacz...- pocałował mnie w czoło.
- zawiodłam cię...
-nie kochanie, nadal jesteś ze mną a to dla mnie najważniejsze. Nieważne czy masz pierścionek i nazywasz się moją narzeczoną czy nie masz i tak jesteś moja i wiem że mnie kochasz, dlatego i tak jestem wygranym. Kiedy przyjdzie odpowiedni czas pomyślimy o tym jeszcze raz, i ej nie płacz już promyczku...- mówił najłagodniejszym głosem, tak jakby tłumaczył coś dziecku, robił to z ogromną czułością.- chodź, pójdziemy spać rano mamy wylot.
Kilka minut później leżeliśmy już w łóżku, panowała między nami cisza, oboje mieliśmy trochę do przemyślenia.
Godzina 6:00, zdaliśmy już klucz od pokoju a teraz byliśmy w drodze na lotnisko, mimo że nie wsiadłam nawet do samolotu chciałam być już na miejscu zobaczyć Marco i móc się do niego przytulić, spodziewam się jednak, że będzie chciał porozmawiać z Mario o sytuacji, która miała miejsce, muszę go uprzedzić żeby tego nie robił... kilkanaście minut po 8:00 siedzieliśmy na miejscach i czekaliśmy na rozpoczęcie lotu...
* * *
od autorki: Mamy 00:26 minut po północy a ja piszę dla Was rozdział, mam nadzieję że chociaż trochę was zaskoczyłam tym rozdziałem, ale mam też nadzieję że odbierzecie go pozytywnie. Na razie nie wiem kiedy pojawi się następny, miejmy nadzieję że jutro nad nim popracuję i pojawi się koło środy? (ALE NIE OBIECUJĘ) Pozdrawiam /Patty :3
PS. gdyby ktoś z was chciał poczytać innego ciekawego bloga to zapraszam na opowiadanie pisane przez moją przyjaciółkę. (to nie żadna reklama, żeby nie było. Tylko takie info.) Blog ---> >klik<
środa, 25 lutego 2015
Rozdział 36
Poszłam zaparzyć sobie mocną kawę i usiadłam przy kuchennym blacie, popijając co jakiś czas kofeinowy napój.
-o już wstałeś?- zauważyłam zaspanego Mario, który schodził po schodach.
-tak, i czuję że umarłem...- powiedział zaspany przeczesując włosy dłonią i ziewając, podeszłam do niego i go pocałowałam- i w tym momencie wróciłem do życia- powiedział uśmiechając się i obejmując mnie.
-kawa?
-ooo tak! byle czarna, mój osobisty aniele.- uśmiechnął się łobuzersko
-czarna? tak bardzo jak twoja dusza? i jaki tam ze mnie anioł.- zaśmiałam się i podałam mu kawę.
-no bez przesady kochanie z tą duszą- zaśmiał się- taki wiesz.. piękny anioł.- posłałam mu uroczy uśmiech i poszłam się ubrać. Założyłam najwygodniejsze ciuchy ze względu na dość długi lot.
- Mario za 10 minut musimy wyjść!- pośpieszyłam mojego ukochanego i zaczęłam sprawdzać czy wszystko w domu stoi bezpiecznie na swoim miejscu.
-okay, już jestem gotowy- poinformował mnie, gdy już zszedł i stanął tuż obok mnie
-dresy?-zapytałam ze zdziwioną miną
-a ty kochanie?- wskazał na moje ubranie, a ja się uśmiechnęłam.-to co, jedziemy?
-tak!
Po 40 minutach byliśmy na lotnisku, zaraz po wzięciu bagaży ruszyliśmy na odprawę.
-No to teraz przed nami długi lot.- Mario rozsiadł się na swoim miejscu.
-nie lubię latać..- skrzywiłam się, a Mario przytulił mnie i pocałował w czoło
-masz mnie, nie musisz się bać.
-wiem, Mario.- spojrzałam na niego i obdarowałam go ciepłym uśmiechem, który odwzajemnił.
-Ty, ja i czas tylko dla nas, aż się rozmarzyłem.
-nie przesadzaj.- zaśmiałam się i złożyłam nieśmiały pocałunek na jego ustach, a później ziewnęłam.
-życzyć ci dobranoc?
-chyba tak, dobrze mi zrobi jak się prześpię.
-to dobranoc, a ja poczytam.- wyjął ze swojej podręcznej torby jakąś książkę i zagłębił się w lekturze. Ja położyłam głowę na jego ramieniu i zasnęłam. Miałam dziwny lecz przyjemny sen, śniło mi się że ja i Mario stoimy przed dużym zniszczonym budynkiem, było ciemno ale dało się zauważyć napis-" "szpital psychiatryczny". Budynek od dawna stał pusty, ale moją uwagę przykuło światło, które było widać z zewnątrz. Pociągnęłam Mario za sobą i weszłam do środka, podążyłam do pokoju w którym świeciło się światło, co jakiś czas po ciemku potykałam się o gruz, stare przedmioty i tego typu rzeczy. Dotarłam do jasnego, oświetlonego pokoju, był wysprzątany, na podłodze leżał czerwony dywan a na dywanie były poustawiane świeczki.
- wszystkiego najlepszego z okazji rocznicy naszego ślubu kochanie.-Mario wręczył mi prezent.
-ślubu?- powtórzyłam ostrożnie.
-tak.- Mario wyszedł i za chwilę wrócił z winem i kieliszkami."
Otworzyłam oczy i spojrzałam na Mario, który nadal był pogrążony w lekturze, spojrzałam na zegarek, znajdujący się na jego nadgarstku , była 9:50. Sen wydawał mi się taki krótki a jednak minęło sporo czasu odkąd zasnęłam. Oznacza to jednak, że za niedługo powinniśmy lądować w Warszawie. Siedziałam zapatrzona w okno, rozmyślałam nad tym dziwnym snem, nie wiem co oznaczył, nie wiem czy w ogóle coś oznaczał... Chociaż wizja wspólnego życia z Mario i ślub z nim, bardzo mi się podobała, oczami wyobraźni widziałam nasze poranki, ja z małym chłopczykiem o ciemno-miodowych włosach i dużych brązowych oczkach szykuję mojemu ukochanemu kawę, podczas gdy on zbiera rzeczy na swój trening, je z nami śniadanie i wychodzi na stadion całując w czoło naszego synka i składając delikatny pocałunek na moich ustach, jeszcze zanim wsiądzie do samochodu mówi mi że wróci koło 15:00. Na ten obraz przyszłości na moich ustach pojawił się promienny uśmiech, który nie uszedł uwadze Mario.
-co się śmiejesz pszczółko?- uśmiechnął się łobuzersko
-miałam fajną wizję naszej przyszłości.- zaśmiałam się
-jaką?
-byliśmy szczęśliwi...-powiedziałam tajemniczo
-a teraz nie jesteśmy?- pocałował mnie czule
-jesteśmy.- zgodziłam się z nim, po czym usłyszeliśmy komunikat że lądujemy. Byłam bardzo podekscytowana, ale nadal zastanawiałam się czy razem z Mario powinniśmy odwiedzić moich rodziców i powiedzieć im o nas, czy może przedstawić Mario moim rodzicom dopiero na wigilii, serce podpowiadało coś innego a rozum coś innego. Stwierdziłam, że zapytam o zdanie mojego ukochanego, ale on stwierdził że możemy ich odwiedzić od razu, gdy tylko zostawimy nasze bagaże w hotelu.
Równo o 10:30 staliśmy już przed Warszawskim lotniskiem i czekaliśmy na zamówioną taksówkę. W środku dość szybko i sprawnie podałam kierowcy adres hotelu i ruszyliśmy. Mario przez całą drogę do hotelu trzymał moją dłoń i mnie przytulał, dopiero gdy podeszliśmy do lady recepcyjnej puścił moją dłoń, ale nadal był nieco onieśmielony gdyż większość spojrzeń w hotelowym lobby było skierowanych na mojego ukochanego. Po podpisaniu odpowiednich dokumentów otrzymaliśmy klucz do naszego pokoju, w końcu po paru minutach byliśmy już w środku.
-To była długa podróż..- jęknęłam opadając na łóżko i przymykając oczy
-nie było tak źle.- położył się obok mnie i przyciągnął do siebie. Położyłam głowę na jego klatce piersiowej i nasłuchiwałam rytmicznego bicia jego serca. Mario zaś bawił się moimi włosami nawijając je sobie na palce.- nie mieliśmy iść do twoich rodziców?- zaproponował to co ja chciałam odwieść w czasie.
-idę się wykąpać.- spojrzałam na niego, delikatnie się uśmiechnęłam a on spojrzał mi w oczy i wiedział, że coś jest nie tak.
-co się stało? nie chcesz do nich iść?
-chcę, ale boję się że nie zaakceptują tego związku...
-nie martw się, nie dowiemy się dopóki nie spróbujemy.- uśmiechnął się zachęcająco- chyba że naprawdę nie chcesz, wtedy pójdziemy razem na kolację do jakiejś restauracji.-spojrzał na mnie pytająco.
-nie, pójdziemy dzisiaj do nich tylko daj mi chwilę chciałabym się odświeżyć- wymusiłam na swojej twarzy uśmiech, odwróciłam się żeby odejść, ale Mario złapał mnie w talii i przyciągnął do siebie, spojrzał w oczy i z uśmiechem powiedział:
-kocham cię i już zawsze będę cię kochał.- po tych słowach pocałował mnie i puścił, a ja zarumieniłam się i podążyłam do łazienki. Wzięłam dość szybki prysznic, wyprostowałam włosy, zrobiłam makijaż i ubrałam się, po czym wyszliśmy. Dom moich rodziców znajdował się jakieś 40 minut spacerem od naszego hotelu, dlatego postanowiliśmy iść pieszo.
W końcu po 40 minutach stanęliśmy przed drzwiami domu, spojrzałam na lekko poddenerwowanego Mario, ścisnęłam jego rękę i zadzwoniłam. Moje serce wybijało swój maksymalny rytm a moje kolana drżały, co nie uszło uwadze mojego ukochanego.
-spokojnie kochanie..- szepnął do mojego ucha po czym pocałował moją skroń co dodało mi odwagi. Po kilku sekundach otworzyły się drzwi a za nimi stanęła moja mama lustrując mnie i Mario wzrokiem, chwilę później podszedł mój tata a jego oczy jakby uwolniły setki iskrzących gwiazdek na widok Mario. Teraz odetchnęłam bo wiedziałam, że tata już zaakceptował Mario, ale została jeszcze mama.
-dzień dobry, Mario Götze.- powiedział uprzejmie przerywając ciszę, szarmancko ucałował dłoń mojej rodzicielki, czym zaskarbił sobie jej szacunek, z tatą wymienił uścisk dłoni. Teraz kiedy wszyscy mniej więc się już znali, weszliśmy do środka, ja nadal byłam blisko Mario, nadal trzymałam jego dłoń, co chyba nie do końca przypadło do gustu mamie, bo przy stole usadowiła nas nie obok siebie a na przeciwko, tak żebyśmy nie mogli trzymać się za ręce. Moja pewność siebie wzrosła gdy rodzice z zainteresowaniem i uprzejmością pytali Mario o różne rzeczy, o to jak długo ze sobą jesteśmy, skąd pochodzi, no i najważniejsze pytanie mojego taty: "jakie masz plany wobec mojej córki?". Zdziwiłam się gdy o to zapytał, bo zawsze miałam wrażenie, że jestem dla niego kulą u nogi i że wcale mnie nawet nie zauważa, ale nie tyle zdziwiło mnie pytanie taty co odpowiedź Mario: "już ze sobą mieszkamy, ale kiedy przyjdzie czas na pewno przeniesiemy nasz związek na wyższy poziom, to znaczy w odpowiednim czasie poślubię pańską córkę...". Spojrzałam karcącym wzrokiem na mamę która teatralnie odchrząknęła, miałam nadzieję że tata nie zrozumiał tego że ze sobą mieszkamy, bo prawdopodobnie byłby zły, jednak moja nadzieja na nic się zdała moi rodzice perfekcyjnie i płynnie mówili po niemiecku tak samo jak ja i reszta naszej rodziny. O dziwo atmosfera była naprawdę przyjemna, było to dla mnie aż zaskakujące bo nie pamiętam momentu kiedy ostatni raz taka atmosfera zawitała w tym domu. Mijały kolejne minuty a Mario coraz bardziej zaskarbiał sobie sympatię moich rodziców, miał coś w sobie, po kilku minutach rozmowy każdy się przy nim rozluźniał i otwierał, nawet moi rodzice zaczęli z nim żartować a na mnie spojrzeli łaskawszym wzrokiem, nie wiem co się stało ale byłam zadowolona z tego można powiedzieć już wieczoru, zbliżała się już 17:00. Obiad z moimi rodzicami wypadł perfekcyjnie, nie mogłam w to uwierzyć ale nawet zbliżyłam się do moich rodziców co było wyczynem, żadnej awantury, pretensji, nic, po prostu miła atmosfera. Dom moich rodziców opuściliśmy o 19:00 w świetnych humorach, zrobiliśmy sobie jeszcze spacer na Warszawską starówkę.
-chodź, pokażę ci moje miejsce..- szepnęłam do niego i złapałam jego dłoń a on zamknął ją w swojej. Poszliśmy na taras skąd było widać Wisłę, Stadion Narodowy, mosty. Lubiłam tam przychodzić w dodatku teraz będąc z Mario czułam jakby czas stanął w miejscu, nic poza nami teraz nie istniało.
Kiedy opuściliśmy już Starówkę, poszliśmy zmęczeni prosto do hotelu, zmyłam makijaż i położyłam się, chwilę później dołączył do mnie Mario, z którym jeszcze długo rozmawialiśmy o nas i naszym związku. Cieszyliśmy się, że mamy siebie... Koło 23:40 odpłynęłam do krainy Morfeusza, zasypiając w ramionach Mario, gdyż jutro czeka nas znowu ciekawy dzień...
* * *
od autorki: W pierwszej kolejności bardzo Was przepraszam za przerwę między rozdziałami, brakowało mi i czasu i weny ( 37 już zaczęłam pisać więc pojawi się w piątek lub w sobotę) no i mam nadzieję że ten rozdział się spodoba, gdyż pisałam go 2 razy bo nie mogłam zdecydować się na pewne sceny. A ogólnie jestem z niego w miarę zadowolona. Pozdrawiam /Patty :3
sobota, 14 lutego 2015
Informacja! Ważna!
Ps. Oglądaliście wczorajszy mecz naszych pszczółek było prawie idealnie, ale najważniejsze że wygraliśmy!
pozdrawiam /Patty :3
niedziela, 1 lutego 2015
Rozdział 35
-Marco.- dotknęłam go i lekko go szturchnęłam
-co? mamo jeszcze 5 minut...
-idioto to ja.
-Jezu Zu!
-aż, tak strasznie wyglądam? nie ważne gdzie Mario?
-yyy- rozejrzał się zaspany po pomieszczeniu- o tam!- powiedział triumfalnie wskazując palcem pod stół, stojący w jadalni.
-ah, dzięki a teraz śpij dalej.- przeczesałam mu włosy i się uśmiechnęłam. Podeszłam do stołu i pięścią uderzyłam w blat, a Mario tak szybko się podniósł że walnął głową o stół.
-kurwa!- syknął i masował się w miejscu, w które się uderzył.
- ooo kochanie nie wiedziałam, że tam jesteś...- powiedziałam teatralnym tonem i zaczęłam chichotać.
-jasne..- zrobił minę zbitego psa i poszedł do łazienki po drodze trącając specjalnie Marco, który powrócił do spania. Chwilę później po pomieszczeniu rozbrzmiał dźwięk pukania do drzwi, niechętnie ruszyłam w ich stronę, żeby otworzyć.
-Czego chcesz?- zapytałam chłodnym tonem gdy tylko zobaczyłam kto stoi za drzwiami.
-jak się wczoraj bawiłaś z Marco?- Amanda zignorowała moje pytanie i weszła do środka przeciskając się obok mnie.
-po co tu przyszłaś?
-wiesz.. wczoraj długo zastanawiałam się nad tym wszystkim. A dokładnie nad tym co by było gdyby Marco i Mario nigdy cie nie poznali...i nad tym czy bardzo by rozpaczali gdyby coś niechcący ci się stało...- mówiła to z takim mrocznym uśmiechem malującym się na jej ustach. W pewnym momencie zaczęłam się jej bać, była raczej jedną z tych osób po których można spodziewać się wszystkiego.
-o czym ty mówisz...?
-a może zilustrować ci to o czym mówię?!- powiedziała po czym wyjęła ze swojej torebki duży kuchenny nóż, odskoczyłam od niej ale Amanda cały czas szła w moją stronę, aż zapędziła mnie do rogu pomieszczenia i przylgnęłam do ściany. Trzymała nóż przy moim gardle.
-daj spokój.. co ci to da?- próbowałam grać na czas...
-znikniesz. A ja zajmę twoje miejsce.
-naprawdę myślisz że jeśli mi to zrobisz, oni będą mieli ochotę cię widzieć?- poczułam jak ostrze noża wbija się mocniej w moje gardło, dobrze wiedziałam że w tym momencie igram z ogniem. Amanda zaczęła prowadzić jakiś monolog a ja ze strachem czekałam aż Mario wróci, usłyszałam ciche kroki, których ona przez swoją wypowiedź nie słyszała, specjalnie ręką zwaliłam obraz wiszący obok mnie, bo wiedziałam że mogę tu przyciągnąć Mario nie wymawiając przy tym ani słowa. Kilka sekund, których Mario potrzebował na przybycie do kuchni wydawały mi się wiecznością, ale wytrwale czekałam, chociaż czułam jak nóż z coraz większą siłą wbija się w moją skórę... Nagle do pomieszczenia wparował Mario, przez chwilę był w szoku, ale próbował odciągnąć Amandę, zawołał też Marco, który pomógł Mario wyprowadzić Amandę. Po wszystkim opadłam bezradnie na podłogę i schowałam twarz w dłoniach, łzy spłynęły strużkami po moich policzkach, większość się obudziła i widziała całą sytuacje, ale byli szoku stali w salonie niczym posągi z najtwardszego materiału. Siedziałam wtulona w Marco, który mnie uspokajał, przytulał i pocieszał. Mario zaś dzwonił na policję dość mocno przy tym gestykulując. Po chwili Marco wstał i pomógł mi się podnieść, zaprowadził mnie do salonu i usiadł ze mną na kanapie. Nuri, który otrząchnął się z szoku również się przysiadł i mnie przytulił, kiedy tak siedzieliśmy spojrzałam w oczy Marco, były zaczerwienione... nie wiem czy od ilości wypitego alkoholu czy od płaczu, ale w kącikach widziałam iskrzące się kropelki łez. Nadal wtulając się w tureckiego pomocnika, chwyciłam za rękę blondyna a jego kąciki ust delikatnie powędrowały ku górze, tworząc delikatny uśmiech. Kiedy usłyszałam, że Mario skończył rozmawiać odkleiłam się od Nuriego i bez słów przytuliłam się do mojego ukochanego, a on pocałował mnie w czubek głowy i otarł łzę, która spływała po moim policzku.
- wszystko już jest dobrze.- przytulił mnie mocniej do siebie.- wszystko dobrze, nic ci się nie stało?
-wszystko dobrze.- powiedziałam a Mario spojrzał na kogoś ponad moją głową.
-przepraszam Zu to moja wina...- podszedł do nas Marco.
- daj spokój...nie twoja.
-gdyby nie to że zaprosiłem ją na tę imprezę, to teraz wszystko było by dobrze.
-jest dobrze, żyję tyle chyba was zadowala?
-nie wiem co bym sobie zrobił gdyby ona... gdyby Mario nie przyszedł w odpowiednim momencie...- po jego słowach podeszłam i go przytuliłam.
-panowie, to może byście zabrali się do sprzątania?- zmusiłam samą siebie, żeby się blado uśmiechnąć. Chłopcy wzięli się do ogarniania domu a ja na drżących jeszcze nogach poszłam na górę, żeby spakować swoje rzeczy przed wyjazdem na nasz 3 dniowy urlop. Po 4 godzinach dom lśnił a ja siedziałam w salonie i popijałam herbatę, przyglądając się rozbawionym chłopakom, którzy dokazywali sobie w kuchni by po chwili podejść do mnie i się pożegnać, gdy tylko wyszli w naszym domu zapadła długo wyczekiwana przeze mnie cisza. Mario zamknął za nimi i drzwi i przysiadł się do mnie, objął mnie ramieniem i włączył telewizor.
-musisz się jeszcze spakować...- przypomniałam mu.- jutro wyjeżdżamy.
-wiem kochanie zrobię to później, chcę się tobą nacieszyć.- po jego słowach na mojej twarzy mimowolnie pojawił się uśmiech. Po chwili jego twarz znajdowała się tuż przy mojej a on złożył delikatny pocałunek na moich ustach po czym odsunął się, uśmiechnął i zaczął oglądać zaczynający się odcinek jakiegoś niemieckiego serialu. Ja natomiast wyplątałam się z jego objęć i poszłam wziąć długą relaksującą kąpiel. Po kąpieli zeszłam do salonu gdzie Mario przysnął przed telewizorem, zgrabnym ruchem wyciągnęłam pilota z ręki Mario i wyłączyłam tv. Później postanowiłam zrobić nam lekką kolację, dlatego też udałam się do kuchni, wyciągnęłam potrzebne składniki i zaczęłam je kroić, w chwili gdy wszystkie składniki były już przygotowane postanowiłam wyjąć coś do picia z lodówki, wzięłam pierwszy z brzegu sok i odwracając się obok mnie błysnęło ostrze noża, odłożonego przeze mnie na szafkę. Przeraziłam się mając w pamięci wydarzenia sprzed kilku godzin, butelka z sokiem momentalnie wypadła mi z ręki. Gdy tylko się otrząchnęłam ze łzami w oczach zaczęłam zbierać rozbite kawałki szkła lekko się przy tym kalecząc.
-ałć- syknęłam i otarłam krew z dłoni
-kochanie, zostaw to, jesteś cała roztrzęsiona...- stał za mną Mario i mówił łagodnym tonem.
-przepraszam.. ja nie chciałam...- mówiłam przez łzy.
-przestań, to nie twoja wina...chodź tu do mnie.- klęknął tuż obok i mnie przytulił.- zrobimy tak, ty możesz spakować kilka moich rzeczy a ja dokończę kolację i posprzątam to.- wskazał na rozbitą butelkę i się uśmiechnął.
-zgoda.- zgodziłam się a Mario opatrzył mi rękę i poszłam na górę spakować kilka rzeczy mojego ukochanego. Wyjęłam walizkę z szafy i zaczęłam pakowanie, szło mi dość dobrze dopóki nie znalazłam listu. Dobrze wiedziałam, że nie powinnam go czytać ale ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem i jakimikolwiek zasadami moralnymi. Zaczęłam czytać, linijka po linijce czułam jak po moich policzkach spływają nowe porcje łez. "wierzę w to co wtedy powiedziałeś w Londynie, wierzę że niedługo do nas wrócisz i wszyscy będziemy szczęśliwi. Ty, ja i nasz synek... kocham Astrid"- tak brzmiała ostatnia linijka listu, otarłam łzy wierzchem dłoni i jak gdyby nigdy nic zeszłam do kuchni. Czułam ogromną gulę w gardle ale nie dawałam niczego po sobie poznać, oboje zjedliśmy kolację, a gdy już siedzieliśmy na kanapie zaczęłam:
-chciałbyś mieć kiedyś dziecko?- spojrzałam na niego pytającym spojrzeniem
-no pewnie kiedyś tak...- odpowiedział z zamyśleniem
-a może już masz?- wyciągnęłam list z tylnej kieszeni spodni, a Mario znieruchomiał.- masz syna i nie zamierzałeś mi o tym powiedzieć? i jeszcze ta cała Astrid?!- chciałam odejść, ale Mario złapał mnie za rękę i zatrzymał.
-nie mam żadnego dziecka...-mówił łagodnym i spokojnym tonem.
-jasne wypieraj się! Wyrzeknij się syna żeby ratować własny tyłek! nie sądziłam że taki jesteś!- przerwałam mu.
-nie mam żadnego dziecka, bo zwróć uwagę na rok nadania listu i imię kobiety...- zmrużyłam oczy próbując zrozumieć o co mu chodzi...- 1994 rok, miałem dwa lata a Astrid to moja mama. Pisała do taty kiedy przebywał w Londynie a my z mamą odwiedziliśmy go tam, ale tego samego dnia musieliśmy wrócić... teraz rozumiesz? Chcę, żeby nasz związek opierał się na szczerości, dlatego gdybym miał jakiekolwiek dziecko na pewno byś o tym wiedziała.- uśmiechnął się i przytulił mnie do siebie. Zrobiło mi się tak strasznie głupio, że posądziłam go o to że jest ze mną nie szczery.
-przepraszam, naprawdę...
-nic się nie stało. Tylko nie bądź taka zazdrosna, przecież nie masz powodu, kochanie.- pocałował mnie w czubek nosa, co wywołało uśmiech na mojej twarzy.- może lepiej jak już się położymy? Musimy wstać o 3:00, co chyba nie przyjdzie nam łatwo- zaśmiał się Mario.
-no chyba powinniśmy- uśmiechnęłam się i gasząc światła poszliśmy na górę. Mario zaraz po tym jak się położyliśmy zasnął a ja wtulona w jego tors nie mogłam spać, po głowie chodziły mi różne myśli, a najczęstszym obrazem w mojej głowie mimowolnie był Marco, jednak nie miałam już siły się tym przejmować w końcu już jutro wyjazd. Postanowiłam że spróbuję zasnąć, po kilkunastu minutach byłam już w krainie Morfeusza...
* * *
od autorki: w końcu udało mi się napisać rozdział bez żadnych komplikacji (jestem dumna) xd a swoją drogą dzisiaj kończą mi się ferie więc rozdziały będą pojawiały się regularnie co piątek. Mam nadzieję, że powyższy rozdział Wam się spodobał. Pozdrawiam i życzę miłych ferii tym co je zaczęli lub są w trakcie ich trwania. /Patty :3